-

lukasz-swiecicki

Zamiana czasu - utracona misja

Zamiana czasu – utracona misja?

 

[Ten felieton, o zmianie-zamianie czasu, jest na czasie, że się tak wyrażę, dwa razy w roku. W dniu owej zamiany. Ale ciągle o nim zapominam. Napisałem go pewnie z 10 lat temu. Dużo się zmieniło, ale w kwestii zmiany czasu to chyba niewiele..]

 

Jasne, mamy teraz większe zmartwienia. Jedna z rzeczy, których dowiedzieliśmy się w związku z epidemią – mamy większe zmartwienia. Ale jeszcze w 2019 w piątek przed zmianą czasu obowiązkowo rozdzwaniał się mój telefon i udzielałem licznych wywiadów. Nie były zapewne do niczego potrzebne, więc mi ich nie brak, ale gdyby kogoś jednak problem nurtował – to przypominam felieton sprzed kilku lat…

Wydawało mi się, że skoro Unia locuta to jednak causa finita (UE wypowiedziała się akurat wówczas w sprawie zbędności stosowania zmiany czasu). Ale okazuje się, że niekoniecznie, nie całkiem i nie wiadomo. W myślach pożegnałem się już ze zmianą czasu, a tu słyszę, że nie da się jej zlikwidować przed 2021(tak wtedy pisali, ale potem – no cóż, przyszły inne zmartwienia)..

Już chciałem sobie głupkowato pożartować z Unii prostującej ogórki, ale na szczęście nie miałem czasu na takie żałosne suchary, bo zaczęły się urywać telefony z prośbami, żebym się wypowiedział.

Miłośnicy mojej tfurczości, jeśli są tacy, wiedzą pewnie, że od lat jestem samozwańczym ekspertem od niekorzystnego wpływu zmiany czasu na psychikę. Nie tyle nawet chyba samozwańczym, ile nie wiadomo przez kogo powołanym, bo wcale się do tematu szczególnie nie pchałem, ale jakoś tak zostałem w nim umieszczony i osiadłem. Ja się w ogóle zakorzeniam łatwo, więc jak mnie ktoś umieści, to raczej się nie przemieszczę. Tak mam. Ta sama cecha, czyli rodzaj konserwatywnej nieruchawości, sprawiła zapewne, że zawsze występowałem jako zdecydowany, a nawet zawołany, przeciwnik zmiany czasu. „Nic nam tu nie będziecie zmieniać”.

Jako rzecznik rezygnacji ze zmiany czasu poczułem najpierw smak nadchodzącego zwycięstwa. Nic to, że trzeba czekać jeszcze trzy lata. Przecież znając Unię, to Panu Bogu z końcem Świata każe czekać nawet jeszcze dłużej. A kimże my jesteśmy zwykli śmiertelnicy nie lubiący zmian? Czyli w sumie jak mawiał Stefan Wiechecki – „rok nie wyrok, trzy lata jak dla brata”.

A potem zacząłem sobie jakoś tak wspominać, przemyśliwać, kojarzyć także.

Wspomnienie. Około 30 lat temu (pewnie trochę więcej) prowadziłem obóz zimowy dla dzieci z warszawskiego KIKu.

Tak nam się trafiło, że gaździna, u której mieszkaliśmy w Brzegach koło Bukowiny, była straszną sekutnicą. Już pierwszego wieczoru urządziła nam straszną awanturę, że „dziecioki robią durk po nocach” – a było gdzieś koło 22 i właśnie kładliśmy się spać! Awantura była na tyle energiczna, że razem z resztą kadry doszliśmy do wniosku, że nie wytrzymamy w ten sposób przez dwa tygodnie. Wtedy wpadłem na dziwny pomysł, o którego skuteczności nie byłem w żadnym stopniu przekonany – poprosiłem wszystkich wychowawców i wszystkie dzieci, żeby przesunęli zegarki o dwie godziny do przodu. W ten sposób wprowadziłem coś w rodzaju czasu superletniego. Kiedy u gaździny była 20, u nas była już 22 i spokojnie szliśmy spać. Następnego dnia u wszystkich była siódma, ale u nas już dziewiąta i jako absolutnie pierwsi meldowaliśmy się na wyciągu. Zadziałało naprawdę świetnie i to od razu, bez żadnej zwłoki.

Nie o tym jednak chciałem powiedzieć. Najciekawsze było to jak ja się z tym poczułem. Muszę przyznać, że poczułem się świetnie. Byłem demiurgiem, władcą czasu, zarządziłem swoją społecznością i skierowałem ją jak łódkę pod prąd. Miałem wtedy 22 lata (no tak, to jednak było sporo więcej niż 30 lat temu) i nigdy przedtem nie doznałem takiego uczucia. Co prawda nigdy potem też nie. Dlatego wierzę, że coś może być na rzeczy w tych opowieściach, że Stalin był miłośnikiem zmian czasu, że cieszyły one także Hitlera. Jest jakiś wątek czysto polityczny w zmianach czasu – wątek władzy nad społecznością z niemal boskim atrybutem. Oczywiście cała sztuczka jest zupełnie prosta – to co mierzą zegarki to nie jest czas. Przesuwanie wskazówek niczego nie zmienia w strumieniu czasu. Ale jak łatwo się o tym zapomina!

Przemyślenie. Zupełnie już głupie. Kilka dni temu podczas dyskusji w studiu radiowym dotyczącej właśnie planowanego zniesienia zmiany czasu, uświadomiłem sobie nagle bardzo dobitnie, że choćbyśmy tam sobie nie wiem co zmieniali, to i tak w zimie dzień będzie krótki jak oddech staruszka i wszystkie nasze manipulacje nie dodadzą ani minutki. No geniusz ze mnie.. Właściwie wiedziałem to już przedtem, przynajmniej taką mam nadzieję, ale wiedzieć i uświadomić sobie – dwie różne zupełnie sprawy. W moim uświadomieniu dużą rolę odegrał dr Albin Czubla, kierownik, uwaga!!, Pracowni Transferu Czasu (Urząd Miar i Wag – to bym właśnie chciał robić gdybym nie robił tego co robię!!!! Mianowicie chciałbym być kierownikiem Pracowni Transferu Czasu – to jest odlot!!) Dr Czubla był jednym z uczestników dyskusji i we właściwym momencie rzucił właściwe słowo.

Kurt Vonnegut opisał tego typu sytuację w „Kociej Kołysce” i nazwał ją „vin-dit” – jest to nieoczekiwane i gwałtowne przeżycie popychające człowieka w kierunku bokononizmu. Jeśli nie wiecie czym jest bokononizm i w jakim sensie popchnęły mnie tam słowa dr. Czubli, to niestety musicie przeczytać Vonneguta, bo dochodzą mnie skargi, że zbyt długie są jednak moje teksty. I to nie tylko od Ali Słowik, która czyta felietony na czytniku, bo jest niewidoma, choć teraz pewnie Ala słucha już podcastów; pozdrawiam Cię Alu bardzo serdecznie!! ). Przeżyłem więc vin-dit i zacząłem podejrzewać, że moje dotychczasowe poglądy w sprawie zmiany czasu to zwykłe granfaloniarstwo (to niestety też z Vonneguta i to z innej powieści, nie mam miejsca, żeby tłumaczyć).

Skojarzenie. Vin-dit doprowadził mnie do skojarzenia. To czego naprawdę chcemy nie ma związku ze zmianą czasu. Wszystko jedno czy będziemy go zmieniać czy nie, ponieważ my chcemy zamiany. Do tego przekonania doprowadził mnie drugi vin-dit: byłem w serwisie rowerowym (okoliczności tego pobytu stanowią materiał na osobny felieton). Nagle wszedł tam gość, który od drzwi rzucił wesoło „co za popie…lone ch… wymyśliły to święto 12 listopada?” (12 listopada został nieoczekiwanie ogłoszony dodatkowym dniem wolnym od pracy, co nie wszyscy przyjęli z zadowoleniem) (takie sobie przyjacielskie zagadnięcie na inteligenckim Żoliborzu). ”Eeee, to niezły pomysł” powiedziałem nieśmiało. A na to pan właściciel serwisu zbladł i zakrzyknął „Panowie, panowie spokojnie – ja się do polityki nie mieszam”.

No i zabrakło tylko tego stolika (powinien być w gospodzie u Palivca w „Przygodach wojaka Szwejka”, ale niech będzie i w serwisie rowerowym), przy którym gość mógłby powiedzieć „Siedem pik, jak siedem sejmików wojewódzkich”, a na to ten drugi „a panu muchy obsrały flagę Unii Europejskiej!” (te muchy pszczyły w zasadzie, ale nie jestem pewien pisowni) (w oryginale było oczywiście „Siedem pik, jak siedem kul w Sarajewie”, a muchy obszczyły portret cesarza Franciszka Józefa – ale to w sumie żadna różnica).

Ja tam się do polityki nie mieszam, ale bez żadnych manipulacji zegarkiem przeniosło mnie prosto w czasy wojaka Szwejka. Czyli jednak furda zmiana, gdy w rzeczywistości tęsknimy za zamianą! Nie skracać lub wydłużać, ale zmieniać na inne. Tego chcemy i tego właśnie nie umiemy.

Po paru latach – dość prorocze okazały się moje słowa. Teraz na pewno zamiana stała się dla nas ważniejsza niż zmiana. Ale nie jest o nią łatwo..



tagi: zmiana czasu 

lukasz-swiecicki
26 października 2025 11:25
4     575    2 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

chlor @lukasz-swiecicki
26 października 2025 13:39

Cesarz Schi Huang Di poszedł jeszcze dalej w tym kierunku, bo zarządził zmianę nazw miejscowości, a pózniej zmianę imion chińczyków. Ludzie poddani bezcelowym zmianom tracili orientację w życiu i byli zdaniem cesarza łatwiejsi w rządzeniu, w dodatku pojęli że władza panuje nad wszystkim.

 

 

 

zaloguj się by móc komentować

Perseidy @lukasz-swiecicki
26 października 2025 18:03

Dobre!

Bardzo ciekawie pisze Gabor Mate - lekarz, terapeuta, (autor słynnej pozycji "Bliskie spotkania z uzależnieniem") w swojej książce "Mit normalności" o niezwykłej plastyczności mózgu ludzkiego i jego interakcjach ze środowiskiem. Ale najciekawsze są badania, mówiące o tym, że mózg dziecka do trzeciego roku życia emituje fale Theta czynne rónież w stanach hipnozy. Dziecko porozumiewa sie z otoczeniem poprzez emocje płacz, lęk, radość.Fale alpha pojawiają się dużo później. Może dlatego tak łatwo "programować" człowieka w jego wczesnej fazie rozwoju. Pojawiające się w tym okresie traumy (opuszczenie, zaniedbanie itp.) rzutuja na całą jego przyszłość. 

Pozdrawiam 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @lukasz-swiecicki
26 października 2025 21:23

To jest dobre z tym zegarkiem na dwie godziny wprzód.

 

P.S.

nasza doba to 24 w jeden dzień.

 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @chlor 26 października 2025 13:39
26 października 2025 21:35

Nie wiedziałem o tym, ale wszystko pasuje. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować