Wszystkie moje bakterie...
Wszystkie moje bakterie
Żadne to odkrycie, ale zawsze jakoś tam mnie dziwi, że jesteśmy chodzącymi koloniami bakterii. Właściwie to chyba nawet nie są kolonie tylko po prostu całe chodzące góry!!
Więcej w nas i z nas bakterii niż człowieka i to pod każdym względem - i DNA , i ogólnej masy, i wszystkiego w ogóle. Nie widzimy tego, tak jak wielu innych rzeczy. Widzimy to, co chcemy. A i to też nie wszystko.
Ale to jest dość powszechna wiedza, po prostu mało kogo to obchodzi. Mnie na co dzień też nie.
Dopóki mnie te bakterie nie opanują. W sensie - dopóki nie przejdą poza wyznaczone im stałe granice. No dobrze, nie ma takich granic, ale zwykle człowiek myśli, że są.
W dzieciństwie był to, ja tak to odbierałem, najlepszy sposób, żeby wycofać się z życia zewnętrznego i otoczyć murem koców i książek w moim własnym łóżku. Na co miałem ochotę prawie zawsze szczerze mówiąc.
Nie wiem, jak to się działo, że chodziłem w ogóle do szkoły. Chyba po prostu w latach 60 i 70 tych XX wieku nie było innej rady. Teraz pewnie bym w ogóle nie chodził. Skończyłoby się jakimś indywidualnym trybem nauczania. A wtedy musiałem - to wreszcie szedłem.
Ani tego nie gloryfikuję, ani nie widzę w tym rozwiązania na dzisiejsze problemy młodzieży i dzieci. Kiedyś tak było, a teraz jest inaczej. To „kiedyś” miało swoje zalety. „Teraz” pewnie też ma - ale znacznie gorzej je dostrzegam, bo jestem stary i wiem, że i tak trzeba zrobić to, co trzeba zrobić.
Pomijając wszystkie te rozważania o charakterze ogólnym (choć tam może i nie trzeba ich tak do końca pomijać…), niewątpliwie byłem mocno chorowitym dzieckiem.
Moje bakterie (z obowiązku lekarskiego przyznaję, że chodzi oczywiście również o wirusy, ale jakoś o wirusach nie lubię tak za bardzo pisać, bo nie jestem do końca pewien czy te cholery - a cholera akurat jest bakteryjną chorobą! - w ogóle żyją, a o „nieżyjących” trzeba inaczej pisać i już!), no więc moje bakterie regularnie naruszały wszelkie układy i zasady.
Chorowałem więc na odrę (wirusowa!), szkarlatynę (bakteryjna), świnkę (wirusowa), krztusiec (bakteryjna), płonicę - aaa!, nie - to jest to samo co szkarlatyna to był drugi raz i może tym razem nazywała się inaczej, ospę wietrzną (wirusowa), półpasiec (niby ten sam wirus, a inna zupełnie choroba), no i oczywiście co chwila na grypę i inne rodzaje infekcji oddechowych. Acha - jeszcze na mononukleozę..
Z takich częstszych to nie miałem chyba tylko krupu (błonicy). Zawsze żałowałem, bo to i ładnie się nazywa, i rodzice zawsze mówili, że umrzeć można, co w dzieciństwie było oczywiście jednym z moich, zupełnie niezobowiązujących, marzeń.
Mogę tylko żałować, że nie było wówczas covidu, ani tych pięknych, pobudzających moją w każdym razie, wyobraźnię, testów do badania… Robią się tam takie piękne dwa prążki niebieskie - jak jesteście chorzy. Jestem pewien, że mi w dzieciństwie robiłyby się trzy!!! Co najmniej!
A potem, przedtem, w trakcie - bo to różnie bywa - zawsze miałem spektakularnie wysoką gorączkę i odjeżdżałem jak po niezłych dragach. Nie mam pojęcia jak jest po dragach, bo nigdy nie próbowałem, ale jeśli jest inaczej, to nie rozumiem czemu ludzie to biorą. W dużej gorączce jest super i nikt przytomny temu nie zaprzeczy.
Kiedy już miałem tę gorączkę i Mama wyraziła żal i niepokój, a to zawsze robiła i bardzo w tym była kochana!!!, wiadomo było, że muszę iść do łóżka.
Łóżko miałem całkiem szczególne. Przez wiele lat było to górne piętro wysokiego łóżka piętrowego na poddaszu domu położonego w samej Puszczy Kampinoskiej (tak, to prawda, jestem, Żoliborzaninem od chwili urodzenia a nawet dłużej, ale wszystkie moje spektakularne choroby były w Puszczy, i tyle!). Przez okno widać było tylko szczyty sosen. Słyszałem wiatr, ptaki i wiewiórki. Czasem szczekał pies.
Część łóżka (większą) zajmowały książki. Z gorączką czy bez, przytomny czy nie, czytałem cały czas. Byłem przygotowany na każdą chorobę. Miałem grubo oprawione roczniki Świerszczyków (nie w dzisiejszym chorym sensie tego słowa - chodziło o popularne pismo dla dzieci!), z kilku kolejnych lat (to niewątpliwie zasługa Taty), miałem „Wojaka Szwejka”, ale też „Żywoty Świętych”, trylogię pradziadka podpułkownika ministra, ale też „Pana Tadeusza”, i jeszcze mnóstwo innych książek. Rodzice pozwalali mi czytać zupełnie wszystko. I wszystko czytałem. Od piątego roku życia. Większość książek po wiele razy.
Nie chodziło o to, że niektóre mi się podobały, a inne nie. Tego w ogóle nie pamiętam. Nie stosowałem kryterium podobania. Wszystko było po prostu ciekawe, bo nie było ani mną, ani moja bakterią. Było poza nami i strasznie nam się podobało. Mi i bakteriom.
W zasadzie chcieliśmy być w tym Świecie bez ograniczeń. Objawy zdrowienia przyjmowaliśmy więc z żalem. To było jednak nieuniknione. „One” musiały odejść za rzekę, przekroczyć granicę.
Ja musiałem wrócić do szkoły, za którą nie przepadałem, choć (a może i dlatego?), że byłem prymusem. Ale nie lubiłem swoich dobrych stopni. Nie byłem do nich przywiązany. Pozycja społeczna nie miała dla mnie znaczenia. Nadal chciałem zwiedzać różne kraje i oglądać rzeczy, które nie były mną, ani moimi bakteriami (ani też moimi wirusami..).
Dwa dni temu obudził mnie kaszel. Taki fest. Od razu do pozycji stojącej. Nie zdążyłem jeszcze opaść na poduszki, kiedy zaczęło mi się lać z nosa. Chciałem wytrzeć, ale zatrzymał mnie ból pleców promieniujący do nerek. Czyli znowu przekroczyły granice. Jest wojna.
Książki mam już przygotowane. Chyba ciekawsze niż wtedy. Choć kto to wie, i jak oceniać? Ale nie w tym problem - po prostu teraz nie daję rady czytać. To znaczy czytam niewystarczająco długo. Zanim się dobrze wciągnę w ten Świat (o choćby takie, wziąłem te, które leżały w zasięgu ręki:
- „Pokój z widokiem na wojnę” Geberta
- „Księga gaju laurowego” Hamvasa
- „O naśladowaniu Chrystusa” - wiadomo czyje
- „Spory filozoficzne w nowym świetle” Piotra Jeute
- „Pi razy drzwi” Mickaela Launaya
- I jeszcze „Co cię gryzie - fascynujący świat pasożytów” Zimmera
ale zanim się dobrze wciągnę, to pewnie zasnę….
Nic to. Chory jestem i trzeba się cieszyć, a nie marudzić.
I Wam wszystkim też życzę. Ciekawe są te książki jak cholera (bakteryjna!), a prymusami, to jeszcze zawsze możecie zostać.
Tylko nie oglądajcie niczego w internecie!!!
Szkoda dobrej choroby na takie pierdoły, a można się niechcący wciągnąć…
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 20 lutego 2026 22:47 |
Komentarze:
|
Tobiasz11 @lukasz-swiecicki |
| 21 lutego 2026 03:56 |
Łączę się w radości chorowania.
Czytałem do dzisiaj w łóżku najnowszą autobiografie Adama Bieleckiego-alpinisty, ale mi przeszło jak zaczął chodzić po Katmandu z tęczową parasolką.
Myśli Pan, że mógł dopaść go wirus Woke?
|
lukasz-swiecicki @Tobiasz11 21 lutego 2026 03:56 |
| 21 lutego 2026 14:52 |
Wirusy dopadają ludzi. Nie wiem, ale nie potrafię wykluczyć. A może nie miał innego parasola?
|
chlor @lukasz-swiecicki |
| 21 lutego 2026 19:21 |
Cały urok chorowania szlag trafia gdy nie ma nikogo kto się tym szczerze i z uczuciem przejmie.
|
lukasz-swiecicki @chlor 21 lutego 2026 19:21 |
| 27 lutego 2026 23:11 |
To bardzo głęboka prawda. Ludzie często o tym nie wiedzą i dowiadują się jak już jest za późno. Niezmiennie pozdrawiam bardzo serdecznie i przytulam do serca. Myślę o Panu częściej niż Pan sądzi. Jak sądzę.