When I am sixty four
When I’m sixty four
Nigdy nie tytułuję felietonów po angielsku. Bo i po co. Ale tym razem muszę zrobić wyjątek. Piosenkę Beatlesów o tym samym tytule usłyszałem pewnie po raz pierwszy kiedy miałem jakieś 7 lat. Miałem dokładnie sześć, kiedy została nagrana, ale umówmy się, że za późnego Gomułki nie puszczali tak od razu wszystkich hiciorów.
Byłem zachwycony, bo od początku rozumiałem przynajmniej część słów. Chodziłem na angielski i francuski od dziecka, bo Rodzice uważali, że to dobry pomysł, a słowa tej piosenki są proste.
Z drugiej jednak strony nie sądziłem, żeby kiedyś miało dojść do takiej sytuacji i rzeczywiście któregoś dnia obudzę się i będę miał 64 lata. Była to dla mnie zupełna abstrakcja. Tak już jest.
Dziś rano obudziłem się (w zasadzie obudziła mnie Żona, bo strasznie chrapałem…) i od razu miałem 64 lata. Zgodnie z przewidywaniem McCartneya (bo rozumiem, że on napisał słowa) byłem też łysy. I zgodnie z jego (McCartneya) nadzieją byłem nadal z tą samą Żoną, która nadal mnie kochała i dała mi liczne prezenty. Co prawda okazało się, że spodnie są za ciasne, a buty za duże - ale to nic, wymieni się przecież.
Do tej pory wszystko się zgadza z proroctwem McCartneya (a gdzie indziej piszą, że napisali to razem z Lennonem), ale dalej zupełny rozjazd. Bo u nich nie ma niczego o wnukach. A u mnie, ramach sixty four, to akurat wszystko jest o wnukach.
Zacznijmy od początku. Dwa dni przed urodzinami zachorowałem. Jakieś większe przeziębienie, ale w każdym razie nie nadawałem się do pracy. Leżałem więc sobie grzecznie w łóżeczku, kiedy okazało się, że z jakichś niewyjaśnionych względów nadaję się jednak do opieki nad wnukami. Oczywiście jeśli nie będę na nich kasłał. Z wielką wprawą i dużą szybkością skrzyżowałem palce za plecami i uroczyście przysiągłem nie kichać, nie kaszleć i jak najmniej oddychać.
Uwielbiam się nimi zajmować i to dla mnie najlepszy prezent.
Stawili się we czwórkę (czyli mniej niż połowa składu, ale zawsze). Tosiek, Bronek, Janka i Józek (obecnie już nienazywany raczej Dziulkiem, bo gdyby na przykład został kiedyś prezydentem to koledzy by sobie z niego robili jaja, a tego przecież nie chcemy!).
Od razu postanowiliśmy się czymś zająć. Babcia co prawda mówiła, że pranie do suszenia lepiej włożyć do miednicy, przenieść w okolice suszaka i potem powiesić, ale jakoś nie widzieliśmy w tym żadnego wdzięku. Zamiast tego bawiliśmy się w „starożytnych strażaków” (to Jańcia, lubi takie brzmienia) i ustawiliśmy się w rzędzie między pralką a wieszakiem, a potem rzucaliśmy w siebie różnymi częściami prania. Jest to bardzo skuteczny a przy tym wesoły sposób. Coś tam może i po drodze spadło, ale u nas czyściutka podłoga to nie może zaszkodzić. A przy okazji się ładnie roztrzepało to będzie dobrze schło.
Babcia akurat już wyszła więc nie mogła docenić naszej metody, ale „sz pewnoszczom by się podobało” (jak sądzi Dziul, którego bynajmniej tak nie nazywamy).
Kiedy już skończyliśmy tę pożyteczną czynność udaliśmy się razem do piwnicy. Co prawda miałem zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania (jak to mówią we wojsku), ale my mamy piwnicę w tym samym budynku i ciepłą. Więc według mnie nie złamałem warunków warunkowego zwolnienia…
Mieliśmy zamiar szukać w piwnicy pociągu. Mamy taki drewniany pociąg, który jest ozdobą świąteczną. Kupiony w niepamiętnych czasach, zaraz potem jak można było w Polsce kupić coś oprócz octu. Nigdy nie możemy znaleźć tego pociągu przed Świętami, za to po Świętach znajdujemy go niemal bez przerwy… Postanowiliśmy odmienić tę tradycję.
Na razie okazało się, że będzie trudno.
W piwnicy nie było światła. To znaczy formalnie światło tam było, ale nie można było używać, bo Jańcia miała latarkę. A jak jest zapalone światło, to taka latarka na nic. No to bez przesady przecież. Pogasiliśmy. Zaraz zgubił się Józek. Okazało się, ale to później, że został w ogóle na schodach. Nie mógł iść szybko, bo nałożył tylko jednego buta. Bronek, który miał go pilnować, nie do końca to zauważył, bo jeszcze przedtem znalazł lornetkę (starą, ale w dobrym stanie!). Przez lornetkę świetnie widział, ale tylko jednego buta, bo mu za bardzo powiększało.
Ostatecznie Józek wyszedł w jednym bucie i z tego powodu utknął gdzieś na wysokości trzeciego obozu. Na szczęście wyprawa ratunkowa, złożona z Tośka, odkryła go na schodach i z narażeniem życia przyniosła na własnych plecach do piwnicy (Tosiek jest silny jak tur). Ja chwilowo nie mogłem pomóc, bo Bronek chciał zobaczyć co jest w takiej starej skrzynce, która wyglądała jak maszyna do szycia. W takiej skrzynce mógłby być pociąg. Bronek pociągnął, całkiem lekko, ale to wywołało zawał ściany wydobywczej, a ja akurat byłem tuż przy ścianie no i niestety zasypało mnie.
Janka przedzierała się właśnie do mnie z latarką, ale włączyła tryb szybkiego migania, żeby nadawać SOS, i strasznie trudno było się zorientować gdzie mam iść. Na szczęście Tosiek przyniósł w tym czasie Józka, który przez cały czas wył „razem ze mną kundel bury” i dość szybko zorientowałem się gdzie są nasi.
W tym samym zasadniczo czasie, czy raczej w oknie czasowym, Bronek znalazł starego pilota do telewizora. Wyprawa zgromadziła się nad tym dziwnym artefaktem. Większością głosów uznaliśmy, że to prastary pilot z czasów, kiedy nawet Dziadek się jeszcze nie urodził. Trochę protestowałem, mówiąc, że w tym czasach nie tylko nie było pilotów, ale nawet i telewizorów, ale większość stanowczo mnie przegłosowała, a poza tym uznano, że coś musiało mi spaść na głowę w czasie rzeczonego zawału. Z tego powodu Tosiek nałożył mi na głowę hełm londyńskiego policjanta, który leżał gdzieś za nartami. Hełm był o wiele za mały, ale chronił przed większymi walizkami. Bo w tym czasie Bronek ponownie spowodował obwał walizek. W jednej z nich po otwarciu znaleźliśmy lampki do girlandy.
Ponieważ pociągu nigdzie nie było, a tlen i tak już się kończył, wycofaliśmy się z godnością. Tosiek wziął na plecy Dziula, Bronek spojrzał w lornetkę, Jania zapaliła funkcję stałą (nie migającą) w latarce, Sformowaliśmy pochód i dotarliśmy do domu. W zasadzie. Bo okazało się, że drzwi są zamknięte na klucz. A klucz na pewno jest gdzieś tam na lawinisku. Wylosowaliśmy mnie i ruszyłem na poszukiwanie.
O wynikach będę donosił. When I am sixty four and a little more…
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 5 grudnia 2025 17:09 |
Komentarze:
|
zkr @lukasz-swiecicki |
| 5 grudnia 2025 18:07 |
> będę miał 64 lata.
e tam, 64, osiem kwadrat ;)
|
|
MarekBielany @lukasz-swiecicki |
| 5 grudnia 2025 19:11 |
Moje gratulacje !
Jak pamiętam, rysunek ten widziałem gdzieś w 70-latach w wydanym w CSSR albumie z ilustracjami @ The Beatles.
:)
Ringo jednak zachował się w lepszej formie (obecnie 85), a chorowitym był pacholęciem.
|
|
cbrengland @lukasz-swiecicki |
| 5 grudnia 2025 20:38 |
Dlaczego liczyc te lata? Doprawdy nie zgadzam się. Ma się tyle lat ile się czuje, że się ma. Mężczyźni, powiadają, że do końca życia są chlopczykami. I ja się z tym zgadzam, jak najbardziej.
Ja chcę być właśnie taki i taki jestem :-) Polecam wszystkim
__________
|
|
KOSSOBOR @lukasz-swiecicki |
| 5 grudnia 2025 22:30 |
ŁoJezu! Łał! Ufff...
Skądinąd wszystko przed Profesorem. Ja po sześćdziesiątce zaczęłam skakać konno przeszkody. Wczesniej - jakoś śmiałości nie miałam :) A to taka przyjemność!
Serdeczne życzenia urodzinowe, zatem.
|
lukasz-swiecicki @KOSSOBOR 5 grudnia 2025 22:30 |
| 5 grudnia 2025 22:46 |
Kurczaki! Podziwiam!
|
|
KOSSOBOR @lukasz-swiecicki |
| 5 grudnia 2025 23:02 |
Wszystko przed Panem :) Najlepszego!
Ale żeby nie było - nawiązując do pasji rowerowej Profesora. Gdy kupowałam rower, polecano mi nadzwyczajne jakieś maszyny z ilomaś przerzutkami , co to mogą i pod górę wjechać. Trzykrotnie /!/ musiałam zaznaczyć, że chcę rower bez przerzutek, jedynie po płaskim i dla starszj pani. Tak, że ten... No i oczywiście w znanym kolorze forda, czyli czarnym. No dobra - w karym ;)
|
orjan @lukasz-swiecicki |
| 6 grudnia 2025 03:04 |
Tekst był łatwy do wychwycenia, bo płyta (Sgt. Pepper's ...), o ile się nie mylę, zainicjowała modę na drukowanie tekstów na okładce. Ja wtedy, powiedzmy, nieco hippiesowałem, ale nie lewicowałem, ani nie lewitowałem. Niemniej nie ufałem nikomu po trzydziestce (taka mądrość owego etapu). A tu moje pierwsze wrażenie z odsłuchu tej piosenki było paradoksalnie niezwykle przyjemne i streszczało się: Tekst absolutnie konserwatywny, lecz jaki uroczy!
Natomiast piosenka ta nie wywołała u mnie żadnych wrażeń egzystencjalnych, bo wcześniej, w danym temacie wywołał takie Jan Pietrzak piosenką Za trzydzieści parę lat. Usłyszałem ją na otwartym koncercie na Politechnice Wrocławskiej. Piosenka ta odnosiła się do roku 2000, co to niby wtedy będzie; jest do wysłuchania na youtubie. To był naprawdę głośny i mocno lansowany przebój choć niektórzy studenci lekceważąco określali tę piosenkę: produkcyjniak.
W każdym razie, z automatu policzyłem wtedy, ile to ja będę miał lat w owym 2000 r. i uznałem, że to niemożliwe. Za nic nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie w tym wieku, a co dopiero dalej. Na to właśnie nałożyła się ta piosenka Beatles'ów, że fajnie byłoby właśnie tak. Być może to był pierwszy u mnie przebłysk konserwatyzmu.
No i proszę, nie wiedzieć kiedy do "cyfry" 2000 doszła jeszcze ćwiartka wieku. Bonus jakiś, czy co?
|
klon @zkr 5 grudnia 2025 18:07 |
| 6 grudnia 2025 11:51 |
"e tam, 64, osiem kwadrat ;) "
Poznać, że u Kolegi umysł ścisły, ale nie ograniczony. :))
|
chlor @lukasz-swiecicki |
| 6 grudnia 2025 11:54 |
Od niedawna mam nawet 70. Biorę telefon aktualny i poprzedni i przeglądam lata życia. Widzę, że gdy miałem 64 robiłem to samo co w wieku 50, 55, 60, 68 lat. Czułem się też stale tak samo świetnie. Jak jeszcze długo dałoby się tak żyć we dwoje miło i szczęśliwie? Choćby jeszcze ze dwa lata, niechby choć rok. Nie dało się.
|
qwerty @chlor 6 grudnia 2025 11:54 |
| 6 grudnia 2025 13:00 |
Tak. Walczymy o każdy dzien. Wtedy nie mamy sobie nic do zarzucenia. Patrzac wstecz to czlowiek widzi ile razy Opatrzność Boża i wstawiennictwa Świętych ten kolejny dzien darowały.
|
zkr @klon 6 grudnia 2025 11:51 |
| 6 grudnia 2025 19:50 |
Ba, wrecz nieograniczony! :D
|
lukasz-swiecicki @chlor 6 grudnia 2025 11:54 |
| 7 grudnia 2025 19:44 |
Często o Panu myślę. Niech Pan się trzyma!!