Szumią świerki na Żoli...
Szumią świerki na Żoli…
Tak, wiem, że szumiały (na gór szczycie) jodły, ale zgodzicie się chyba ze mną, że po pierwsze świerków jest więcej, a po drugie na szczycie to raczej świerki…
Zresztą, nawet gdybyście się w tej sprawie nie zgadzali, to w ogóle nie o tym jest ten felieton. W całym tekście nie ma zupełnie nic o jodłach. Stąd też w tytule też byłyby bez sensu.
Może więc zacznę jeszcze raz od samego początku, bo inaczej to coś widzę, że pomylę.
Urodziłem się 62 lata temu (niemal co do dnia!) na Mickiewicza 4 m. 17.
I oczywiście, jak by powiedział pan z filmu Barei (ten, który grał Jana Serce czyli pan Kaczor) „i już nieprawda”. Bo tak przy jakiejś okazji powiedział Kazimierz Kaczor, a że dobrze to zrobił to i zapamiętałem…
Bo ja akurat wcale nie urodziłem się na Mickiewicza, znaczy w mieszkaniu na Mickiewicza, tylko niedaleko stąd w szpitalu przy ul. Karowej. Właściwie to jest trzecie skrzyżowanie stąd jak się jedzie Wisłostradą… No tylko tyle, że wtedy żadnej Wisłostrady tam nie było!! Jak mogła Warszawa funkcjonować bez Wisłostrady, to wprost trudno sobie wyobrazić; gdzie stali ci wszyscy ludzie, którzy tam bez przerwy przebywają w jednym wielkim korku (kiedyś mieli przerwę w weekend, teraz stoją, a właściwie stoimy…, przez calutki czas)?? Musieli chyba stać gdzie indziej.
Co nie zmienia faktu, że urodziłem się na Karowej, a wkrótce po urodzeniu Mama spakowała mnie w becik i dopiero wtedy znalazłem się na Mickiewicza. Wydaje się Wam pewno zresztą, że musiała to robić mama, ponieważ ojców nikt nie wpuszczał na porodówkę? Otóż wcale nie! Mój Tata tam był, bo właśnie miał zajęcia z położnictwa. I byłby mnie wtedy odbierał, ale akurat nie, bo bardzo skutecznie zemdlał! Więc był, ale i tak Mama musiała sama.
Tak przy okazji - już 21 lat później znalazłem się niemal w tej samej sytuacji! Moja Żona rodziła drugie dziecko (i już nieprawda!! Bo ja byłem pierwszym dzieckiem!), a ja właśnie miałem zajęcia z położnictwa! I ja bym na pewno nie zemdlał. Jestem tego pewien. Ale moja Żona, wiedziona jakimś instynktem (być może samozachowawczym) pojechała po prostu do innego szpitala. No i tak to się skończyło, że ja wprawdzie przy porodzie jak najbardziej byłem, tyle że to nie moja Żona rodziła…
Tak czy owak. Trafiłem na Mickiewicza i już tam zostałem. 62 lata później siedzę piętro niżej i piszę. Zrobiłem jakieś 10-15 metrów w 62 lata. Okazałem się niezbyt ruchliwy, choć gdzie mi tam do tej gąbki, która jest jednym z najstarszych zwierząt na Ziemi, a nie ruszyła się prawie wcale (a rekin polarny? Co prawda się rusza, ale osiąga dojrzałość płciową w wieku 150 lat!!! Pomyślcie tylko…). Nie byłem więc rekordzistą, ale nie przesadzałem z ruchem, to można mi przyznać.
I teraz to już jesteśmy całkiem blisko tematu (i świerków!).
W czasie kiedy byłem dzieckiem podwórko na Mickiewicza było mocno zaniedbane. Jeszcze przed wojną na podwórku były dwa korty tenisowe. Trenował tu ówczesny mistrz Polski (tak przeczytałem w książce o Żoliborzu, ale niestety nie napisali tam jak się nazywał.. mógł to pewnie być Ignacy Tłoczyński albo Kazimierz Tarłowski?). W każdym razie za mojego dzieciństwa nie było śladu po kortach, dominował popękany chodnik i mocno ubita glina z powbijanymi tabliczkami „Szanuj zieleń”. I wszyscy szanowali, tylko tej zieleni tam nie było…
Za to potem, czyli po 90 roku, wszystko ruszyło. Podwórko w części przeznaczonej do jeżdżenia i parkowania zostało pokryte piękną granitową kostką. Właściwie wszyscy są przekonani, że to kostka przedwojenna. Powie nikt już nie pamięta, że jeszcze kilka lat temu żadnej kostki jako żywo nie było!!!
Nawiasem mówiąc prawie nikt też nie pamięta, że dopiero co komuniści naprawdę, a nie na niby i nie symbolicznie, zabijali ludzi i wsadzali ich do więzień na wiele lat!!! Wcale ich nie „stygmatyzowali”, ani nie „wykluczali”, ani nie robili tak, że jakoś im (tym ludziom) było „niemiło”. ROZWALALI ICH! A teraz byle kto, byle komu od komunistów czy tam faszystów wymyśla… Bo tak jak teraz to zawsze było. Jak nasza kostka na podwórku…
A zwieńczeniem tego procesu upiększania było powstanie bujnej zieleni na naszym podwórku. Najpierw trawa, potem rośliny zakończone kwiatami (zapewne to się jakoś nazwy, ale w tej chwili zapomniałem jak…), potem klomby i romby, a w jakiś momencie także drzewa.
I oto, już po dwóch stronach tekstu, jesteśmy przy świerkach!!
Drzewami trzeba się zajmować. Toteż właśnie się zajmujemy. Wszyscy biegamy wokół naszych drzew i dbamy o nie. Jakiś czas temu stara robinia zaczęła jednak przysychać i pomału obumierać. Rosła w bardzo nieszczęśliwym miejscu, bo strasznie utrudniała parkowanie (sprawdziłem sam! Zaparkowanie na miejscu za drzewem zajmowało około 15 minut. Tak! Bo z drugiej strony był śmietnik, z trzeciej murek, a z czwartej sąsiad parkował. A z pierwszej strony była właśnie robinia! Kwadratura koła w praktyce). Więc choć bardzo nam robinii było żal, ale na jej miejscu nie mieliśmy zamiaru sadzić niczego.
Ale na innym miejscu to już koniecznie trzeba było, nawet nie z powodu naszej miłości do Przyrody, którą to miłość oczywiście mamy, tylko Pani z Zieleni Miejskiej, czy jak tam się to nazywa, nam surowo przykazała.
Kilka dni temu pojawili się panowie z całkiem dużym świerkiem (tak, z nim właśnie!) i zaczęli nam go pracowicie instalować tuż pod oknem… Ja tam mieszkam na pierwszym piętrze, to będę się martwił za jakieś dwa-trzy lata, ale sąsiadów z parteru świerk załatwia od razu. Będą żyć na drzewie i tyle. A na podwórzu naszym, w naszym rajskim ogrodzie, jeszcze pełno miejsca i to wcale nie pod oknami!!
Panowie pozostali nieczuli na nasze okrzyki i zachęty, a nawet na pokazywanie palcem gdzie drzewku będzie z pewnością lepiej. Odsyłają do Pana Prezesa Spółdzielni. Pan Prezes nas rozumie, choć sam mieszka w innej części domu i od niego to w ogóle świerka widać nie będzie. Ale Prezes rozumie. Tylko co on poradzi, jak to mityczna Pani z Zieleni kazała!! Nadęła się rozumiecie jak ropucha i mówi „tu i tylko tu, a jak nie to wszyscy pójdziecie do więzienia, albo i na szafot!”. Takie tam Panie mają w tym Zarządzie. Groźne.
Dzwonimy do Pani. Udało się ustalić która to. Pani nie wie o co nam chodzi. To nasze podwórko i nasze drzewo. Możemy posadzić gdzie chcemy. Już zaczynamy oddychać z ulgą. Ale przedwcześnie!
Ekipa już posadziła i się oddaliła.
Piszemy do Prezesa. Prezes odpisuje nam gniewnie, że „jako półinteligenci mamy półpostulaty”!!! Tak jest! To jest Żoliborz, a nawet Żolibórz, tu się na poziomie dyskutuje…
Obrażamy się na chwilę, ale potem piszemy drugi list i nadal żądamy. Stanowczo. Sąsiedzi z dziupli na świerku pohukują, że oni też, bo wiewiórka powiedziała, że nie będzie z nimi mieszkać i są w kropce.
Tak, odpowiada nam Prezes, przesadzimy. Za 1500. Za ile?? No za tysiąc i pięćset. Jak dla nas. Okazyjnie. A miejsce przesadzenia zaznaczy nam Prezes kijaszkiem, bo już rozmawiać z nami nie może bo go cóś wnerwiamy czy jakoś tam.
Idziemy zobaczyć gdzie jest ten kijek. Kijek jest wbity tuż przy drzewku. Za to za kijkiem pojawiło się następne drzewko…
Tłumaczymy sąsiadom, że muszą wytrzymać. Tłumaczymy wiewiórce, że sąsiedzi to nie są źli ludzie, tylko nerwowi.
A świerki szumią.
Taki tu u nas na Żoliborzu porządek. Już wiem, czemu się stąd nigdy nie ruszałem.
Pan Rosiak mówi mi w radiu, że w Mianmie (dawna Birma) biją się ze cztery armie. A u nas na podwórku dwa świerki szumią. No to nie wiem jak Wy, ale ja wolę świerki i do Mianmy się nie przeprowadzę!
tagi: świerk trawnik żoliborz
|
lukasz-swiecicki |
| 26 listopada 2023 11:00 |
Komentarze:
|
|
gabriel-maciejewski @lukasz-swiecicki |
| 26 listopada 2023 15:47 |
Czasem zazdroszczę ludziom, którzy będąc dziećmi mieszkali w dużym mieście
|
chlor @gabriel-maciejewski 26 listopada 2023 16:47 |
| 26 listopada 2023 18:32 |
Dzieci z dużych miast czuły się gorsze od dzieci z Warszawy.
|
|
MarekBielany @gabriel-maciejewski 26 listopada 2023 16:47 |
| 26 listopada 2023 21:28 |
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Mam podobnie, ale to nie zazdrość, ale szkoda.
Koledzy z Czech spytali jak rozumiem nazwę ich sztandarowego produktu.
W odpowiedzi na wcześniejszy dowcip o marzeniu o zachod (cz.) odpowiedziałem loos (ang.)