Szlakiem Wkry
Szlakiem Wkry
Bardzo lubię, albo raczej lubiłem, pływać kajakiem. Nie potrafię powiedzieć dlaczego akurat tak, a nie na przykład jachtem czy łodzią wiosłową, ale w kajakach było dla mnie zawsze coś, co bardzo mnie pociągało i wciągało.
Niestety 10 lat temu, bo to już 10 lat, miałem poważny wypadek i w zasadzie moje kajakarstwo się skończyło. W gorsze dni nie byłem za nic w stanie wsiąść do kajaka, bo aż tak się nie zginałem. Za to w lepsze dni (a w zasadzie w te świetne!) dawałem radę wejść. Ale na tym się kończyło. Wyjść już nie mogłem. A do mnie do pracy nie da się dopłynąć kajakiem, chyba że w czasie powodzi. A i tak trzeba by przecież prędzej czy później wysiąść.
Więc przestałem. I tyle.
Zdziwiło mnie więc trochę, kiedy Żona, która zawsze bardzo dba o moje zdrowie, sama zaproponowała, żebyśmy się wybrali może na wycieczkę Wkrą. Ot tak na przykład z Jońca do Pomiechówka.
Nie wierzyłem własnym uszom. Na wszelki wypadek nic nie powiedziałem, tylko od razu zadzwoniłem do wypożyczalni kajaków „Mrzonka”. Czemu do „Mrzonki”?
Chyba głównie dlatego, że nazwa mi się podobała. Bo Żona była stanowczo za Niebieskimi Kajakami. Niebieskie Kajaki były rzeczywiście niebieskie, a więc spełniały obietnicę kryjącą się w nazwie. Ale za to dla mnie pływanie kajakiem to jednak była do tej pory Mrzonka. Na wszelki wypadek nic o tym Żonie nie mówiłem..To znaczy, że dla mnie to mrzonka. Tego nie mówiłem.
Zarezerwowałem kajak. Dzień przed dniem wyznaczonym na spływ Żona zarządziła odprawę. Zawsze tak jest, ale może dotąd nie pisałem. Odprawy są po to, żeby później wszystko było na swoim miejscu. Podczas odpraw zabieram niekiedy głos w punkcie „Wolne wnioski”.
Tym razem, zupełnie nieoczekiwanie dla siebie, miałem całkiem rozsądny, jak mi się wydawało, wniosek.
— Proponuję, żebyśmy wzięli krem z filtrem, bo słońce fest (to jeszcze było zanim zaczęło padać), a na wodzie to wiadomo, że człowiek się spali.. No i w ogóle..
Żona spojrzała na mnie ciężkim wzrokiem i nie powiedziała nic. No jasne. To przecież oczywiste, że o tym myślała… Ale ja głupi jestem..
— I wody trzeba dużo wziąć do picia, bo….
— Nie trzeba wcale, kupimy sobie jak będzie potrzebna - przerwała surowo Anita.
Tu zacząłem się lekko niepokoić czy jednak nie podmienili mi jej kosmici. To zawsze ja mówię, że możemy sobie wszystko kupić, a Ona, również zawsze, że „kto ze sobą nosi ten się nikogo nie prosi”. Więc może podmienili. A może to tylko człowiek się zmienia?
Do Jońca w niedzielę rano to się bez przesady jedzie niewiele dłużej niż w pół godziny. Jak się jest dobrym kierowcą. Żona jest.
Byliśmy tuż po otwarciu wypożyczalni Mrzonka.
Pani wypożyczająca spojrzała na mnie podejrzliwie.
— Pan wie gdzie jest Pomiechówek??
— No, zasadniczo… jak płynę z prądem to dopłynę tam? Chyba? - Bo niby wiem, ale tak surowo spytała.
— Taaa, jak z prądem to tak.. Kiedyś pan dopłynie. Byle się pan przed mostem zatrzymał..
Acha, pomyślałem, boi się, że się rozmacham i popłynę do morza, a potem nie będzie komu kajaka z powrotem przywieźć.
— Jasne, zatrzymam się.
— Raczej będzie trudno - wtrącił się pan właściciel - bo dziś tu ludzi jak mrówków, lepiej dużo przed mostem pan stań w …..
Tu pan wymienił jakąś nazwę, której nie zapamiętałem. Ale co tam. Przecież z prądem.
Wyruszyliśmy pełni animuszu i sił. Wiosłowaliśmy sprawnie i zgodnie. Jak to po 42 latach małżeństwa. Pamiętam, że 46 lat temu (byliśmy wtedy na spływie) szło nam o wiele gorzej. Stąd wniosek zresztą, że należy się zgrywać, a nie przedwcześnie rozwodzić!!
Nie dane nam jednak było płynąć zbyt długo, bo zaraz na trzecim zakręcie wpadliśmy w straszny korek. Ze 30 kajaków co najmniej. Kajaki płynęły prawie wyłącznie z prądem, ponieważ nikt na nich nie wiosłował. A prąd na Wkrze to jest taki trochę umowny. Kajakowcy trzymali się jednak w większości za ręce - to znaczy pomiędzy kajakami się tak trzymali - więc całe konglomeraty kajaków płynęły dostojnie zatykając rzekę w zasadzie dokumentnie.
Nie było jednak bynajmniej nudno. Osoby na niektórych kajakach puszczały muzę. I to nie jakoś tak samolubnie, cichutko, tylko na całą rzekę. Generalnie królowało disco-polo, italo-disco i jakieś takie ukrainian-disco (to ostatnie nie wiem jak się nazywa, no i nie wiem czy jest ukrainian bo leci oczywiście po rosyjsku…). Niestety muza, bo jakoś trudno mi ją nazwać muzyką, zagłuszała całkowicie wilgi, dzięcioły, skowronki, a nawet ważki, choć te ostatnie jedynie cicho bzyczały…
Na szczęście dzięki naszemu wyczynowemu stylowi wiosłowania szybko wyrywaliśmy się z oblężenia i za następnym zakrętem znowu były wilgi, czaple i żurawie.Niestety - po dwóch kolejnych zakrętach - następna wycieczka pod hasłem „przez twe oczy zielone oszalałem”…
— Skąd się biorą te pociągi śmierci? Przecież płyniemy najszybciej ze wszystkich! - nie mogłem wyjść z podziwu.
— Chyba w ogóle się nie rozglądasz - zauważyła jak zawsze przytomna Żona - przecież mijamy kolejne wypożyczalnie (na przykład Niebieskie Kajaki…) i nowi miłośnicy disco dochodzą.
Te szalone zrywy w naszym wydaniu nie mogły jednak trwać wiecznie. Gdzieś w okolicy Borkowa łagodny ból pleców przeszedł w umiarkowany. A umiarkowany - w silny. Było mi coraz gorzej i coraz trudniej było sobie wyobrazić wyjście z łódki.
Zatrzymaliśmy się na jakiejś łączce i wykonałem tam cały zestaw ćwiczeń zalecanych przez moją fizjoterapeutkę. Pomogło! Nawet bardzo.
To znaczy z pleców ustąpiło całkiem. Zamiast tego przeszło w rwę kulszową po prawej stronie…
Dobrze, że przynajmniej nie po lewej. Tak zdążyłem pomyśleć i zaraz potem przeszło mi na lewą.
Tymczasem mijaliśmy kolejne zakręty, kolejne wesołe autobusy, kolejne wilgi.
Słońce paliło coraz mocniej.
— Gdzie masz ten krem z filtrem? - spytałem wreszcie niepewnym głosem.
— Aaaaa… Krem? No to nie mam. Nie wzięłam. W prognozie były chmurki.
Tylko jęknąłem. Mam nadzieję, że w duszy.
Późnym popołudniem zawinęliśmy do pierwszego lepszego portu. Na szczęście zupełnie przypadkiem okazało się, że to tam właśnie należało.
— Jeżu - jęknąłem - ten Pomiechówek jest teraz dwa razy dalej niż był kilka lat temu, kiedy byliśmy tu z wnukami!!! To pewnie starość.
— No na szczęście chyba nie. Po prostu coś mi się pomyliło.Wtedy skończyliśmy w połowie tej drogi. I to w tej „mniejszej” połowie. Ale poczekaj - coś ty się tak strasznie spalił na tym słońcu???
Jeśli nie macie jeszcze planu na jutro - dzwońcie do Mrzonki. Kremu nie trzeba - w prognozie są chmurki. Do Niebieskich nie dzwońcie, bo oni mają dalej.
Ahoj przygodo!!!
tagi: kajaki wkra
|
lukasz-swiecicki |
| 12 lipca 2025 19:31 |
Komentarze:
|
MarekAd @lukasz-swiecicki |
| 13 lipca 2025 00:18 |
Gratuluję takiego długiego pożycia! U mnie tylko 29, ale gonię Pana ;) Fajne słowa, że należy się zgrywać, a nie rozwodzić. Wybierać trudniejszą drogę, zamiast łatwej jak to pisał Herbert.
|
chlor @lukasz-swiecicki |
| 13 lipca 2025 10:41 |
Mam co wspominać po 46 latach zakończonego życia we dwoje. Toteż wspominam. Od przebudzenia do zaśnięcia i czasem we śnie. Czas nic nie zmienia, nawet jest ciężej niż rok temu. Przecież nie odkocham się tylko dlatego że Ona zmarła.
|
lukasz-swiecicki @chlor 13 lipca 2025 12:41 |
| 13 lipca 2025 12:37 |
Wyrazy... Bardzo współczuję.