Moi szefowie
Moi szefowie czyli konsekwencje Reguły Petera.
W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że 40 lat mojej pracy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii wyglądało tak, że przez 10 lat byłem asystentem (przez część czasu „samym mładszym”), przez 10 lat zastępcą ordynatora oddziału F7, przez 10 lat ordynatorem tego oddziału i przez ostatnie (no, nie wiem czy takie ostatnie, ale kto to wie?) 10 lat kierownikiem II Kliniki Psychiatrycznej, której centrum stanowił oddział F7. Dosyć prosta kariera - prawda?
Dużo by można mówić o wadach i zaletach tych stanowisk, ja sam czułem się najlepiej jako ordynator oddziału, co wydaje się potwierdzać tzw. Regułę Petera, zgodnie z którą każdy człowiek awansuje do momentu kiedy o jeden stopień przekroczy swój poziom kompetencji.
Na słuszność Reguły Petera wskazuje zasadniczo każdy program telewizyjny o charakterze przeglądu wydarzeń (różnie się one teraz nazywają, kiedyś to był Dziennik). W programach tych obserwujemy najczęściej ludzi, którzy przekroczyli swój stopień kompetencji. Problem polega na tym, że bardzo często wydaje się nieprawdopodobne, aby byli kompetentni na poprzednim etapie swoich karier… Albo na jeszcze poprzednim. Szczerze mówiąc wielu z tych osób nie można sobie w ogóle wyobrazić na poziomie kompetentności. Może to jednak mój problem z wyobraźnią. Wszystko jest możliwe.
Niezależnie od wszystkiego - na każdym etapie miałem swoich szefów. Obecna poprawność polityczna każe powiedzieć „oraz szefowe”, jest to jednak zupełna bzdura i nie mam zamiaru tak mówić, pisać, ani myśleć. Ja miałem szefów, choć oczywiście byli oni różnej płci (co prawda ze znaczną przewagą mężczyzn). Moim zdaniem większość z nich była kompetentna, co podważa słuszność Reguły Petera. Byli jednak osobami mocno charakterystycznymi i chciałbym im poświęcić kilka słów (a nawet nieco więcej!).
Na pewno moim szefem numer jeden był dr Antoni Kalinowski, który pełnił funkcję ordynatora F7 przez 25 lat. Nigdy nie chciał awansować i myślę, że dzięki temu umknął Peterowi i jego Regule.
Dr Kalinowski był z pewnością oryginałem. To znaczy zachowywał się i chyba też myślał w sposób trudny do przewidzenia.
Pamiętam, że kiedyś powstał taki problem, że lekarze nie wiedzieli czy 2 maja mają przyjść do pracy czy też tego dni będzie wolne. Jakoś to się tak ułożyło, że wydawało się prawdopodobne, że jest wolne, ale jednak do końca nie było to pewne. W związku z tym wszyscy pytali Antoniego (już wtedy byliśmy po imieniu) co właściwie mają robić. Dr Kalinowski wykonywał jeden ze swoich ulubionych manewrów - spoglądał przez okno z nieodgadnioną miną i nie mówił nic. Nie było nawet po nim widać czy słyszy pytanie. Temperatura narastała. Nikt niczego nie wiedział.
Wreszcie, już dobrze po południu, doktor odwiesił się na chwilę, spojrzał na nas i powiedział:
— Miałem kiedyś kolegę. I ten kolega miał teścia.
Tu Antek zamilkł. A publiczność wpatrywała się w niego niespokojnie…
— I ten teść proszę państwa - kontynuował doktor po krótkiej przerwie - bardzo chciał iść na mecz. Na taki piłkarski mecz.
I znowu cisza.
— I co państwo powiecie? Nigdy nie poszedł. Taka historia.
I tyle. Niczego więcej się nie dowiedzieliśmy. Delegacja kolegów przyszła w tej sprawie do mnie (byłem nieformalnym zastępcą dr. Kalinowskiego) z prośbą o wykładnię jego stanowiska. Obiecałem spytać.
— No cóż? Nie rozumiem o co ci chodzi, przecież odpowiedziałem na pytanie?- zdziwił się Antek.
— Odpowiedziałeś? A jak niby?
— No jak? W przypowieści. Teść chciał iść na mecz i nie poszedł. A oni? Nie chcą iść do pracy, a…- tu doktor zawiesił głos.
— Rozumiem! Oni nie chcą, ale przyjdą!
— No właśnie. To chyba proste.
To taki dość typowy przykład rodzaju komunikacji jaki mieliśmy z naszym szefem. Nie zawsze było łatwo.
Przychodzi mi do głowy znacznie więcej takich i zupełnie innych historii z życia, ale boję się, że znowu będzie za dużo i nie zmieszczę tego co trzeba.
Drugim szefem (choć oczywiście pod względem ważności zawsze pierwszym, ale jednak dalszym od ciała - gdyby tak myśleć przez analogię do przysłowia „bliższa koszula ciału niż sukmana”) był profesor Stanisław Pużyński.
Profesor Pużyński miał, moim zdaniem, pewien kompleks - nie był całkowicie rasowym psychiatrą. To znaczy był z pewnością wybitnym teoretykiem, ale w praktyce nie miał zbyt dużego kontaktu z pacjentami. Tak naprawdę, z tego co wiem, chciał być patomorfologiem i został psychiatrą dość przypadkowo (tak od niego kiedyś słyszałem). W każdym razie profesor Pużyński lubił o sobie myśleć jako o psychiatrze charakternym, że się tak wyrażę, choć może tej charakterności aż tak dużo w nim nie było.
Kiedyś podczas wspólnego obiadu (w dawnych czasach jadaliśmy całą Kliniką wspólne obiady w stołówce szpitalnej!! Pięknie było!) profesor Pużyński zamyślił się głęboko i powiedział
— Ja kochani koledzy byłem kiedyś taki sam jak kolega Święcicki. Tak, tak - zapewnił widząc ślad zdziwienia na naszych naukowych obliczach - taki sam. Impulsywny, niesforny, no w zasadzie trochę agresywny. I łobuzowaty - niech mi kolega Święcicki wybaczy.
— A jakieś przykłady panie profesorze? - ktoś odważył się na pytanie.
— Pamiętam kiedyś jak byłem w wojsku, podali nam zupę, ale paskudny wygląd. Od razu widać, że niejadalna. Więc ja od razu odsunąłem jednym ruchem ręki talerz i mówię, ale tak stanowczo!, „nie będę tego jadł!!”. A taki gość, sierżant, duży facet z bardzo nieprzyjemną miną, mówi do mnie „zjedzcie to Pużyński, ale już!”.
Tu profesor zamilkł i zajął się swoimi leniwymi kluskami z sałatką owocową. Była to specjalność instytutowej kuchni. Oczywiście nie żaden katering tylko przygotowywane na miejscu! Ale wszyscy czekali na jakieś zakończenie tej historii. Wreszcie ktoś, tak mi się zdaje, że dr Kłosiński, nie wytrzymał i zapytał
— No i co panie profesorze, co dalej było?
— A co miało być? Zjadłem. Miałem się z chamem kłócić?
Bardzo typowy dla profesora Pużyńskiego „postęp w granicach prawa”. Profesor był przemiły, ale przede wszystkim dobrze wychowany. To o nim musiał myśleć Kurt Vonnegut, kiedy napisał „miłość może zawieść, ale grzeczność zawsze zwycięża”…
I już widzę, że tylko jedna osoba mi się zmieści - dr Maryla Beręsewicz. Była zastępczynią dr. Kalinowskiego w czasach kiedy jeszcze ja tym zastępcą nie byłem czyli dość dawno temu. Była też moim opiekunem specjalizacji do tzw. Jedynki (wtedy specjalizacja była dwustopniowa, do Dwójki moim opiekunem był dr Bogusław Habrat, zwany Sławkiem). Dr Beręsewicz była powszechnie nazywana „Marylką”, ale nie przeze mnie, gdyż ja się nie spoufalałem. Pani doktor zawsze wzbudzała we mnie ogromny szacunek. W zasadzie nie bardzo mogę sobie przypomnieć anegdoty na Jej temat, bo chyba nie ośmieliłem się zauważyć, że cokolwiek śmiesznego miało miejsce. A przecież miało. Tylko to był taki bardzo dyskretny i elegancki śmiech, jak wszystko co dotyczyło dr Beręsewicz.
Pamiętam, że kiedyś podczas wakacji, kiedy było dużo urlopów, byłem mocno obciążony pacjentami - po prostu prowadziłem pół oddziału. Ja to w sumie lubiłem i nie narzekałem, natomiast druga koleżanka, nieważne jak się nazywała, migała się radośnie i zwalała wszystko na mnie. Zobaczyła to doktor Marylka i wycedziła przez zęby „o nie misiaczku, tak się nie będziemy bawili”. Ja wiem, że to się wydaje mało śmieszne, ale proszę mi wierzyć, że w tamtym kontekście było bardzo komiczne. Przede wszystkim pani doktor nigdy, przenigdy nie mówiła do ludzi „misiaczku”!! Tego wprost nie można sobie było wyobrazić i dr Iwona Koszewska, moja bardzo serdeczna koleżanka i w tym czasie jedyna chyba rówieśniczka, której przy tym nie było, nie bardzo mogła w to uwierzyć i kazała sobie powtarzać kilka razy tego misiaczka.
No i oczywiście znowu mi się miejsce skończyło, a tyle jeszcze zostało spraw nie omówionych. Jednak nie wiem czy ktoś jeszcze wytrzyma dalsze wspomnienia, więc chyba odczekam do 100 rocznicy Instytutu. To już za 25 lat i myślę, że minie raczej szybko.
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 8 maja 2026 22:07 |
Komentarze:
|
|
Henry @lukasz-swiecicki |
| 9 maja 2026 08:47 |
40 lat instytutowej kariery wsobnej ;-)