Jak się wątpi?
Jak się wątpi?
W tytule tak dokładnie chodzi mi o takie pytanie - jakie warunki muszą być spełnione, żeby zwątpić? Tylko sobie właśnie pomyślałem, że jako tytuł to drętwo brzmi, więc posłużyłem się skrótem.
Wydawało by się, że warunek jest prosty i bodaj tylko jeden - wystarczy nie wierzyć, że ktoś coś zrobi.
W ten sposób „wątpimy” na przykład we wszystkich polityków. Na wszystkich szczeblach. W kampanii wyborczej oni nam mówią, że nam zrobią, umożliwią, przeprowadzą, doprowadzą, obniżą i co tam jeszcze. My od razu wiemy, że za żadną cholerę tego nie zrobią, a nawet jeśli będą mogli to pewnie zrobią odwrotnie.
Ale czy my wątpimy w tych polityków??
To znaczy, jak rozumiem, że wcześniej, jeszcze przedtem, myśleliśmy, że „oni” to zrobią, umożliwią i przeprowadzą? Ktoś tak myślał?
Być może jakaś grupa osób skrajnie naiwnych - ale ja takich nie znam. Albo ktoś zupełnie głupi - także nie spotkałem. Więc kto właściwie? To znaczy kto wierzy w te obietnice?
Myślę, mam takie wrażenie, że w obietnice wyborcze nie wierzy akurat nikt w ogóle. Z pewnością nie wierzą ci co obiecują, ale nie wierzą także ich wyborcy. W ciągu ostatnich lat, chyba już dwudziestu, głosuje się wyłącznie przeciw. Na naszych złodziei przeciw waszym złodziejom i tyle. Chyba nie ma o czym mówić. Więc w polityków zwątpić (obecnie) nie można.
Jak z tego wynika, żeby w kogoś zwątpić trzeba mu przede wszystkim właśnie wierzyć! A nie nie-wierzyć!
Dwa przykłady. Uczniowie Jezusa wypływają łodzią na Jezioro Galilejskie (Mt 8, 23-27), na obrazach robią to w nocy. Z tekstu nie wynika to bezpośrednio, ale Mistrz zasnął w łodzi, a nigdzie w Ewangeliach nie piszą, żeby miał zwyczaj poobiednich drzemek, więc to pewnie było nocą. Nie jestem specjalistą w tym względzie, ale wydaje mi się, że starożytni Żydzi nie byli miłośnikami pływania łodzią w nocy. W ogóle nie przepadali za pływaniem. Nigdzie też nie jest napisane, żeby Chrystus powiedział „natychmiast wypływajcie tą łodzią i to już w tej chwili”. Więc raczej nie mówił.
Postanowili płynąć, bo był z nimi. Nie bali się będąc z Nim. Wyobraźcie sobie teraz polityka (absolutnie dowolnej opcji!!), z którym zrobicie bez wahania coś, czego nie lubicie, czego się boicie i co uważacie za groźne. Zagrażające Waszemu życiu!!!
Już go widzicie (tego polityka)? Oczami wyobraźni mam na myśli. Bo ja - za żadne skarby. Niezależnie od opcji. Jeszcze nie oszalałem.
A po kilku - kilkunastu minutach zwątpili. Mogli zwątpić, bo wcześniej wierzyli. Inaczej się nie da.
Przykład drugi może się wydać dziwny. Kurczę, on jest dziwny. Moja Żona, Anita, jest osobą, której wierzę jak nikomu. Tak, czasem mnie denerwuje, tak - czasem się na nią złoszczę. Ale wierzę w Nią niesamowicie. Wśród swoich rozlicznych talentów ma Ona ten niezwykły dar przyrządzania niezwykle dobrych i pięknie wyglądających posiłków z niczego i w niemal zerowym czasie.
Tak, już widzę feministyczny grymas na niektórych twarzach - jak żona to oczywiście posiłek…. No jasne…
Zwariowana dygresja - w książce (pięknej!) „Straszliwa zieleń” pisze Benjamin Labatut o genialnym niemieckim astronomie Karlu Schwarzschildzie - „Elsa [Rosenbach] odrzuciła jego pierwsze oświadczyny, ponieważ obawiała się, że jego zainteresowanie [nią] ma charakter czysto intelektualny”. To znaczy Schwarzschild widział w żonie (jej zdaniem) tylko intelekt. Okropne. Dla niej to było okropne. Niech sobie to feministki przemyślą, albo i nie. Jak tam sobie chcą.
Oczywiście moja Żona robi wspaniale mnóstwo rzeczy, w tym ewidentnie intelektualnych!! I nie mam potrzeby o tym pisać właśnie w tym miejscu, bo to dla mnie oczywiste. Wspominam o gotowaniu obiadu tylko dlatego, że to dobry przykład. Znam osoby, których nie przekonają moje zapewnienia. Ale tych osób nic nie przekona i ja nic na to nie poradzę.
Wracając do Anity i obiadu. Mógłbym oczywiście coś zrobić sam. Uczniowie też mogli wiosłować i sterować. Ale Ona (On!) umie lepiej!!! Więc nie zaczynam. Czekam, czekam, czekam.
I nic się nie dzieje.
Wtedy właśnie także mnie nachodzi zwątpienie. I pytam delikatnie „mamy coś może na obiad, czy może coś powinienem przygotować czy jak?”. A Anita patrzy na mnie i mówi „czemu we mnie wątpisz?”. A po 5 minutach jest obiad.
Czy stawiam jakiś znak korelacji między Chrystusem a moją Żoną?
A Wy byście nie stawiali? Jezus był tylko człowiekiem. Moja Żona z tego co wiem też nie jest Kosmitką.
Ostatecznie jednak to jest tekst o zwątpieniu. Żeby w kogoś zwątpić trzeba bardzo mocno w niego wierzyć. To o co się modlę to oczywiście o to, żebym wierzył w Jezusa co najmniej tak samo jak w niektórych ludzi. Wolałbym nawet bardziej, ale wiem jakie to trudne. Tak naprawdę, w praktyce, przed obiadem i po. A nie gdzieś w kaplicy na klęczniku.
Ergo - chciałbym się nauczyć wątpić w Chrystusa. To by znaczyło, że zacząłem Mu wierzyć…
Zadanie na nowy rok w Święto Trzech Króli…
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 8 stycznia 2026 22:37 |
Komentarze:
|
|
jan-niezbendny @lukasz-swiecicki |
| 9 stycznia 2026 09:11 |
Chyba jednak zwykle wypływali nocą. "Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci" (Łk 5,5). Ale wtedy (znaczy - u Mt 8) nie chodziło o połów, tylko Jezus chciał uciec od tłumu na brzegu. Pewnie był zmęczony, co tłumaczy zaśnięcie w łodzi. Czyli musiało to być popołudnie. Na obrazie Rembrandta niebo jest jeszcze jasne - przynajmniej tam, gdzie nie zasłaniają go chmury.
No i na pierwsze słowo Jezusa po prostu wsiedli do łodzi i odpłynęli bez zwłoki. Jeden z uczniów prosi o czas na pochowanie ojca i dowiaduje się, że nie ma czasu.
Burza nad Jeziorem Galilejskim jest echem innej burzy. Tej, w którą wpadł okręt wiozacy Jonasza z Jafy do Tarszisz. Jonasz też ucieka od ludzi, do których posyła go Pan, i też twardo zasypia w samym srodku sztormu, z którego to powodu żeglarze czynią mu wyrzuty zupełnie jak uczniowie Jezusowi.
Jezus w innym miejscu przyrównuje siebie wprost do Jonasza: "To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia" (Łk 11, 29-30). Zwykle odnosi się to pobytu Zbawiciela w Otchłani, ale, jeśli sie zastanowić, to Jonasz w Niniwie nie czyni żadnego znaku. Wzywa do pokuty, a mieszkańcy wierzą mu, nie czekając na twarde dowody w postaci cudu, czy czegoś podobnego. Co więcej, nigdy już nie będą wiedzieli na pewno, czy tylko straszył, czy też rzeczywiście Pan w ostatniej chwili odwrócił zagładę. Sam Jonasz jakby sie tego bał. Jest urażony, że ominęła go satysfakcja oglądania spektakularnie spełnionego proroctwa - czyli zburzenia Niniwy. Absurd, skoro go posłuchano, jednak ludzie, nawet prorocy, nie zawsze sa racjonalni w swoich oczekiwaniach.
Zacząłem od drobnej uwagi tekstowej, a wyszło jakieś "kazanie" o wierze i zwątpieniu. Nieintencjonalne zupełnie, zapewniam. ;) Dobre i to, że (chyba) w związku z głównym tematem notki. Pozdrawiam Autora.
|
|
stanislaw-orda @lukasz-swiecicki |
| 9 stycznia 2026 10:55 |
trochę drobiazgów technicznych, nie żebym się czepiał, ale li tylko gwoli ścisłości.
Nad jeziorem Genezaret/Kinneret/Tyberiadzkie (do wyboru) żyli rybacy, zaś miejscowości nad tym jeziorem na jego galilejskim brzegu zamieszkiwali Galilejczycy. Żydzi wówczas to byli mieszkańcy prowincji Judea (Juda). A Galilea była oddzielną prowincją od Judei i miała innego władcę.
No więc mieszkańcy tych miejscowości zajmowali sie przede wszystkim połowem ryb i ich sprzedażą dla innych odbiorców. Co oznacza, że zachowywali się podobnie jak rybacy we wszystkich stronach świata i na wszystkich jeziorach. Nie dlatego, że lubili czy nie lubili łowić ryb, ale po prostu dlatego że nic bardziej sensownego nie było tam do roboty. Podobnie jak w przypadku wszystkich mieszkańców nad brzegami co większych jezior (wyłączmy z tego strefę subpolarna i polarną, bo wszak nie chodzi o szczególarstwo).
A tutaj nieco więcej szczegółów:
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/herod-i-jezus-cz1
|
lukasz-swiecicki @stanislaw-orda 9 stycznia 2026 10:55 |
| 9 stycznia 2026 22:12 |
Acha. To nie był felieton o galilejskich rybakach. Może powinienem to zaznaczyć?