Dobry czy zły - to mój Instytut.
Dobry czy zły - to mój Instytut?? - druga część sagi o Ipinie
Czy można tak mówić? Że dobry czy zły? To znaczy czy można wybrać jakiś taki patriotyzm lokalny albo i nie lokalny kosztem, no nie wiem, chyba zasad moralnych?
Dla mnie to głupie pytanie. No jasne, że nie można. Zasady moralne są najważniejsze i przebijają patriotyzm. No dobra, przynajmniej w tej instytutowej sytuacji, bo tak w ogóle to wcale nie jestem pewien. Im bardziej skomplikowana jest jakaś sprawa - tym trudniej wybrać. Podczas wojny w Wietnamie to mogło być prawdziwe, kto wie?
Ale w takim razie po co taki tytuł?
No, bo jest jeszcze inny aspekt sprawy. Moim zdaniem Instytut nigdy nie był, i mam nadzieję, że nigdy nie będzie „right or wrong”. I na pewno nie musi taki być. Ilustracją niech będzie, znowu!, historia mojej pracy w Instytucie, tym razem wybrana pod kątem pryncypiów o charakterze politycznym, czy jak tam to nazwać.
W 1987 podjąłem pracę w Instytucie, który formalnie był ostoją komunizmu. Instytut został założony (tak było w pierwotnym statucie, a może i dalej tak jest, jeśli nikt nie wykreślił…) „aby szerzyć ideę pawłowizmu w Polsce” (Iwan Pietrowicz Pawłów to rosyjski i radziecki fizjolog - co prawda urodził się w 1849, ale za to zmarł dopiero w 1936, laureat nagrody Nobla z roku 1904). Idea pawłowizmu sprowadzała się w warunkach polskich mniej więcej do tego, że jak „radzieccy” coś powiedzieli - to zapewne mieli rację.
Formalnie rzecz biorąc Instytut był więc placówką na wskroś komunistyczną, a na jego czele stał prof. Dąbrowski członek PZPR (który zresztą nie poparł stanu wojennego i na czas jego trwania był w funkcji dyrektora zawieszony!). Jednak, tak jak to bywało w tamtych czasach, jego zastępcą, i moim zdaniem osobą faktycznie kierującą Instytutem, był prof. Pużyński, który był praktykującym katolikiem (choć oczywiście miewał wątpliwości - zwracał mi np. uwagę, że w oficjalnym Katechizmie Kościoła „śmiech niewczesny” figuruje jako grzech powszedni. Nie żeby profesor się śmiał. Chodziło mu o mnie.. Ale, jak mówił profesor Pużyński, takich głupot jak klasyfikacja śmiechu niewczesnego nie sposób brać poważnie. Ja się oczywiście z nim zgadzam. A też jestem praktykującym katolikiem i do tego z tendencją do śmiechu niewczesnego…). Taki kwiatek do kożucha z tego Pużyńskiego, ktoś może powie, ale moim zdaniem to raczej ten kwiatek był kożuchem. Taka była chyba cała Polska, przynajmniej na pewno w latach 80-tych XX wieku taka była. Nikt z nas nie przypuszczał, naprawdę, że w Polsce za naszego życia przestaną rządzić komuniści, ale chcieliśmy być jak najsilniejszą, choć zupełnie nielegalną, opozycją.
W 1988 roku radzieccy towarzysze postanowili wrócić do zachodnich towarzystw naukowych, z których zostali wykluczeni z powodu wykorzystywania psychiatrii do celów politycznych. Cały proceder jest świetnie opisany w książce Władimira Bukowskiego „I powraca wiatr”. Żeby się uwiarygodnić zaprosili delegację z Instytutu Psychiatrii i Neurologii.
Przy tej okazji odbyła się zresztą słynna rozmowa, w której osobiście uczestniczyłem (nie mam pojęcia czemu) podczas której radziecki profesor (niestety zapomniałem nazwiska) spytał prof. Pużyńskiego kto tam niby z Polszy się wybiera na tę delegację. Profesor Pużyński, który uważał się za specjalistę od języka rosyjskiego powiedział wówczas:
—No u nas tak ochotczikow niet! - teraz mało kto zna rosyjski, więc wyjaśniam, że ochotczik to po rosyjsku myśliwy!, a Pużyńskiemu chodziło oczywiście o „dobrowolcew” - czyli ochotników.
— Kak że tak niet? - zdziwił się radziecki - a u nas ochotczikow skolko ugodno! (u nas myśliwych pełno).
—Możet być szto u was tak, no u nas niet! - zakończył z dumą narodową profesor Pużyński.
Tak nawiasem mówiąc było to jedno z całkiem licznych językowych nieporozumień tego okresu. Niedługo po tym wydarzeniu ukazała się książka profesora Pużyńskiego tłumaczona na angielski. W tamtych czasach to było prawdziwe wydarzenie i profesor mówił o tym z dumą. Do czasu. Pierwszych polskich czytelników ogromnie zaskoczył fakt, iż znany psychiatra Stanisław Pużyński zaleca leczenie depresji „przede wszystkim kwasem trójchlorooctowym”. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że substancja ta, o wzorze CCl3COOH powoduje koagulację białek skóry i jest stosowana (ale ostrożnie!!!) jedynie w medycynie estetycznej do usuwania blizn, trudno się dziwić ogromnej konsternacji czytelników i prawdziwej wściekłości profesora Pużyńskiego. Wyjaśnienie było proste - wspomniany kwas ma skrót TCA, tak samo brzmi angielski skrót oznaczający trójpierścieniowe leki przeciwdepresyjne (skrót polski to oczywiście TLPD!). Profesor miał zamiar wykupić cały nakład (niewielki na szczęście!) fatalnego wydawnictwa (było dostępne początkowo jedynie w Instytucie). Niestety spóźnił się, ponieważ znany zbyciarz i kawalarz onego czasu, wówczas mój przyjaciel i mentor, doktor Bogusław Habrat wykupił przebiegle mnóstwo egzemplarzy i obdarowywał nimi kolegów. Ja niestety swój egzemplarz gdzieś posiałem. Ale będę jeszcze szukał…
Przepraszam za tak sążnistą dygresję, ale nie mogłem się powstrzymać. Wracając do radzieckich - odmówić im całkiem - jednak nie było można. Profesor wpadł więc na szatański pomysł wysłania im osoby co prawda jak najbardziej instytutowej i urzędowej (z natury rzeczy), ale nie mającej żadnego własnego ciężaru gatunkowego.
— Pojediot wam moj asistent doktor Święcicki - zakomunikował towarzyszom.
— Po mojemu - odpowiedział radziecki profesor - eto samyj mładszyj wasz asistent Stanisław Piotrowicz (szczerze mówiąc nie wiem jak miał na imię ojciec profesora, ale z pewnością radzieccy mówili „po otczestwu”). Radzieccy skrzywili się jak po occie siedmiu złodziei, ale musieli mnie wziąć. Co zrobić. I w ten sposób wiosną 1988 pojechałem z oficjalną delegacją do Moskwy.
Miałem oczywiście (i w zasadzie mam) zamiar pisać dalej, ale już widzę, że nie w tym felietonie, bo znowu będzie za dużo i wszyscy będą marudzić!!!
Chciałbym zamknąć ten odcinek taką puentą (choć nie miałem dość miejsca żeby w pełni ją udowodnić), że Instytut nigdy nie był miejscem zupełnie złym (w sensie poglądów, moralności, przekonań czy czego tam), choć pewnie i nie do końca dobrym. W tym sensie nie chciałbym, czy też nie mógłbym, mówić o Instytucie w kategoriach „dobry czy zły”. Natomiast co do zakończenia tej sentencji - zgadzam się - to mój Instytut.
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 4 maja 2026 22:18 |
Komentarze:
|
|
Henry @lukasz-swiecicki |
| 5 maja 2026 07:15 |
Znaczy paplali, tfu palili ale nie zaciagali się ;-)
|
Tobiasz11 @lukasz-swiecicki |
| 5 maja 2026 09:40 |
Kto nigdy nie byl na pochodzie pierwszomajowym, dobrowolnie czy pod przymusem, niech pierwszy rzuci kamien
|
chlor @Tobiasz11 5 maja 2026 09:40 |
| 5 maja 2026 21:48 |
W latach 60 na pochodzie były tłumy na chodnikach, ulicach. Sami antykomuniści, lecz praktyczni, rozsądni, cięzko doświadczeni i wystraszeni bolszewizmem, pobożni. Czasy malutkiej epoki lodowcowej więc wszyscy w czapkach i grubych paltach. Zimno jak cholera.
|
lukasz-swiecicki @Tobiasz11 5 maja 2026 09:40 |
| 5 maja 2026 21:59 |
Ja nigdy nie byłem, ale może jestem za młody. Mam tylko 65. Tu na ogół osoby starsze ode mnie.