Co opowiedzą o nas nasze wnuki?
Co opowiedzą o nas nasze wnuki?
Wykład na seminarium poświęconym prof. Maciejowi Święcickiemu; SGH 27.02.2023.
[Minęło już niemal 10 dni od rocznicy śmierci mojego Dziadka. Zapomniałem o Nim przypomnieć. Więc spieszę to naprawić.]
Mój Dziadek Maciej Kazimierz Święcicki zginął, w nie do końca jasnych okolicznościach, 2 grudnia. Czyli trzy dni przed moimi urodzinami. Dokładnie przed moimi 10 urodzinami.
W telewizji puszczali wtedy taki film, chyba rodzaj serialu (?), dla dzieci, w którym podkładem muzycznym do czołówki była piosenka:
„Kiedy człowiek ma te swoje dziesięć lat
Już innymi się oczami patrzy w świat,
W żadne bajki wierzyć nie chce, bo już nie jest małym dzieckiem,
Taki człowiek, który skończył dziesięć lat”.
Cytuję te słowa z pamięci. Nigdzie nie sprawdzałem czy tak rzeczywiście brzmiały. Jestem jednak pewien, że tak było.
Bo właśnie tymi słowami myślałem wtedy o sobie. I teraz, jako człowiek 62 letni, a więc o cztery już lata starszy niż Dziadek w grudniu 1971, a więc jako człowiek w rzeczywistości starszy niż własny dziadek, bo przecież Dziadek tych czterech lat, które nas różnią już nie przeżył, więc moje doświadczenie życiowe, liczone netto (brutto to u Dziadka waga lat była znacznie większa!), jest większe niż jego, a więc jako człowiek starszy nawet niż jego własny dziadek, a przy tym sam będący dziadkiem dla dziesięciorga wnucząt, nadal myślę o tamtym sobie słowami tej piosenki.
To znaczy, że nie jest już małym dzieckiem. Ten człowiek, ten - tamten ja, wtedy w Laskach. Nie jest.
A to wszystko było przecież niecały rok po grudniu innego roku i pamiętnym z innego powodu. I tamten grudzień ja też pamiętam wyjątkowo dobrze. Choć nie miałem jeszcze 10 lat…
Wieczorem 2 grudnia 1971 roku już spaliśmy z Wojtkiem (moim bratem, młodszym ode mnie o rok i cztery miesiące). Spaliśmy na takiej mansardzie czy też „na górze”, jak się mawiało w Laskach. Trochę jak ta babcia z piosenki Młynarskiego, co się jej nic nie mówiło, bo „po co babcię denerwować”. To znaczy ta babcia też na górze mieszkała.
Na dole dorośli rozmawiali po cichu. Ale na tyle głośno, że Wojtek, który miał bardzo czujny sen, obudził mnie i kazał słuchać przez drzwi. „Mówią, że ktoś zginął czy umarł” – „Ale kto?” – „Nie wiem, nie mówią. Ktoś ważny.” –„Ważny? To w takim razie ojciec Tadeusz” – zdecydował Wojtek. Nie wiem czemu przyszedł mu do głowy właśnie ksiądz Tadeusz Federowicz, który nota bene żył jeszcze przez wiele lat po tej pamiętnej nocy i miał się bardzo dobrze. Widocznie ojciec Tadeusz był dla nas obu synonimem ważnej osoby, dla mnie zapewne też, bo wcale mnie Wojtka opinia nie zdziwiła. Ponieważ już wiedzieliśmy, naszym zdaniem, co takiego się stało więc poszliśmy spać i tyle.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że zginął Dziadek Maciejek.
Wyłącznie tak mówiliśmy na Dziadka, nigdy inaczej. Maciek mówiła Babcia, my nigdy. Na Babcię obowiązkowo należało mówić „Baciusia” i wyłącznie tak. I tak mówiliśmy. Dziadek Maciejek i Baciusia. Baciusia nie musiała mieć imienia, bo była tylko jedna taka. A Babcia to w naszym przypadku była nasza prababcia czyli Babcia Halinka, mama Baciusi. To było proste dla nas.
Wtedy tego nie widziałem, to znaczy widziałem, ale to było całkowicie oczywiste, tak bardzo, że nie wymagało zupełnie żadnej refleksji – Dziadek Maciejek i Baciusia byli nierozłączni. W mojej, naszej, wyobraźni istnieli jako zespół stały. Śmierć Dziadka wyraźnie spowodowała to, że Baciusia stała się niekompletna. To też było jakoś jasne.
Mam też dziwne wspomnienie z Dziadka pogrzebu. Ale chyba o śmierci już wystarczy, bo mam też wspomnienia z życia i jest ich znacznie więcej.
Trzeba oczywiście brać pod uwagę, że są to wspomnienia dziecka niemal 10 letniego, ale także dziecka półtorarocznego (bo wtedy utrwaliłem pierwsze wspomnienie) i kilkorga innych dzieci, którymi później byłem. A do tego te wspomnienia mieszkają w głowie starego profesora psychiatrii, gdzie jest nie tylko coraz mniej miejsca na obrazy, ale także coraz mniej neuronów, w których można by je przechować. Tak po prostu jest.
To całkiem pierwsze wspomnienie dotyczy pobytu w jednym z najważniejszych miejsc mojego dzieciństwa – na Ryniasie, w pobliżu Bukowiny Tatrzańskiej. W moim wspomnieniu trzymam kogoś za ciepłą rękę i idziemy przez las w stronę rzeki Białki. I to mógł być Dziadek, no bo ręka była naprawdę ciepła.
W moich wspomnieniach Dziadek Maciejek jest ciepły, zabawny, uśmiechnięty, miło wąsaty (nie drapiąco-kłująco tylko miło) i zapewniający bezpieczeństwo. Ma spokojny i dość niski głos. Nie krzyczy. Nie mam żadnego wspomnienia krzyczącego, a byłem nadwrażliwym dzieckiem i pewna kolekcja wspomnień krzyczących mi się zebrała. Ale nie z Dziadkiem.
W moich wspomnieniach jest też Dziadek wybitnym bohaterem wojennym. Wiadomo, że ludzie opowiadają o swoich wojennych przygodach jak, nie przymierzając, wędkarze o rybach. Nikt w to nie wierzy, choć to jest zabawne. Ale Dziadek wcale nie opowiadał tylko po prostu był!
Bo Dziadek miał odłamek pocisku w skroni, ja pamiętam, że w prawej, ale nie założyłbym się. Na skroni był niebiesko-fioletowy ślad od wybuchu prochu i głęboko utkwiony odłamek, myślę, że mógł mieć ze 2 na 3 cm, który można było dobrze wyczuć palcami. Odłamek się poruszał, to znaczy można było go poruszyć. I to Dziadka nie bolało – tak mówił, kiedy poruszałem. Ale podobno bolało na zmianę pogody. Tylko nie spytałem Dziadka na jaką zmianę – to znaczy z jakiej na jaką. No i nie wiem tego do dziś.
Mam co prawda własne blizny kostne na czaszce i one bolą na zmianę pogody. I wiem z jakiej na jaką. Ale to są zwykłe blizny cywilne, a nie, no właśnie!, nie – jaka kula?? Bo nie wiem czy to była szwabska czy bolszewicka kula. Mogło chyba być tak i tak… A tak czy owak taka kula może boleć inaczej niż zwykłe blizny po przejechaniu przez Audi…
Druga blizna była na Dziadka piersi, chyba po stronie serca, tam też były ślady prochu, ale czy był odłamek to tego nie powiem. W mojej wyobraźni był odłamek, który „o włos minął aortę”, ale to chyba nie jest wspomnienie tylko wczesno-medyczne moje wyobrażenie.
Byłem szczęśliwym posiadaczem „Encyklopedii Zdrowia na rok 1936” i tam sobie obejrzałem aortę i jej okolicę. Kto wie czy to właśnie ten odłamek nie posłał mnie kilka lat później na medycynę? Ja nie wiem. Ale taki odłamek co mija aortę o włos, to może człowieka wysłać całkiem daleko. To znaczy tego człowieka, który był tego świadkiem, albo myślał, że nim jest.
Dziadek był też mądry, dydaktyczny i ciekawie mówił. Kiedy tłumaczył mi czym się różni nieszkodliwy zaskroniec od żmii zygzakowatej, to nie tylko wykonał kilka rysunków na piasku (całe ciało, zbliżenie na głowę, zbliżenie na łuskę), ale też wyraźnie powiedział, że nie wolno żadnym wężom robić krzywdy. Trzeba zostawić w spokoju. Było to w 100% przekonujące dla mnie i wiążące na całe życie. Więc była i przesłanka intelektualna i moralno-ekologiczna, i artystyczna. Dobra nauka.
Miałem z Dziadkiem wspólne sekrety. No, jeden miałem na pewno – Dziadek powiedział mi, że w Katyniu to Rosjanie wymordowali Polaków. A teraz kłamią, że to Niemcy. Ale to jest kłamstwo i mam w to nie wierzyć. Ale też nie mogę o tym nikomu mówić. Dopiero moim dzieciom, jak będę je miał – to wtedy powiedzieć. A kolegom nie. Nie pytałem dlaczego, ale tak zrobiłem. I z kolegami, i z dziećmi. Byłem dumny, że mi powiedział.
Dziadek był zabawny i był sportowcem. Czemu to jest w jednym kawałku? A, tak mi się skojarzyło. Dziadek miał w pokoju gruszkę do boksowania – taką na sprężynie i miał też worek. Miał też bokserskie rękawice. I ćwiczył sobie boks.
Spytałem po co? Wyjaśnił mi, że to wtedy kiedy Baciusia go zdenerwuje. Wydało mi się to słuszne i naturalne. Już chciałem zapamiętać na przyszłość. Ale wtedy Dziadek powiedział, że to był żart. Nie wiedziałem co w tym śmiesznego, więc pomyślałem, że to jakiś trudny żart. Tym bardziej się ucieszyłem, że opowiada mi trudne…
Zabawne też było bieganie na krótkim dystansie, bo Dziadek miał dziwną koncepcję poruszania rękami podczas biegania. Mówił, że tak trzeba. Tylko, że to była koncepcja przedwojenna, wtedy kiedy byłem dzieckiem już się tak nie biegało. Widziałem to w telewizji podczas olimpiady w Meksyku. Więc zrozumiałem, że to też jest pewnie żart. To też mi się spodobało, bo przecież nie trzeba tłumaczyć żartów mądrym odbiorcom. Czyli Dziadek uważał, że jestem wystarczająco mądry. To w porządku.
Wiedziałem, że Dziadek jest profesorem, bo dostał talon na samochód i dał ten samochód mojemu Tacie. To była Skoda 100S (chyba…). Nikt w klasie nie miał takiego samochodu, to znaczy niczyj tata nie miał. Widocznie takie dawali profesorom. Skoda się ciągle psuła i była niezbyt dobrym samochodem. Ale nie o to chodziło. Była oryginalna!! Inna niż inne. Czyli taka profesorska.
Wiem, że powinienem mieć jakieś wspomnienia religijne z Dziadkiem. Dla Dziadka to z pewnością były sprawy bardzo ważne, a mi też nie były obce, choć z perspektywy dziecka kwestie religijne przedstawiają się niezbyt jasno i gdybyśmy byli wszyscy „jako te dzieci” to może i byłoby nieźle, ale byłoby też zdrowe zamieszanie.
W każdym razie na pewno chodziłem z Dziadkiem do kościoła, a pewnie także rozmawialiśmy o jakichś sprawach związanych z modlitwą. Tylko…. Nie pamiętam tego, po prostu nie pamiętam. Pamiętam na pewno takie rozmowy z Tatą, z którym razem się modliliśmy, ale z Dziadkiem nie pamiętam. Więc nie będę pisał, bo piszę tu o tym, o czym pamiętam, albo myślę, że pamiętam..
Wspomnienia to bardzo dziwne zjawisko. Bardzo dużo o nich myślę jako psychiatra. Są jak kamienie rzucone do brodu na potoku. Ludzie przechodzą przez ten bród na drugą stronę i wszyscy mają mniej więcej suche buty, choć idą po różnych kamieniach. A potem o tym opowiadają tak, jakby wszyscy szli po tym samym moście. A tam jest dużo więcej dziur niż mostu. Ale to te kamienie się ostatecznie liczą. Chociaż policzyć to ja ich nie umiem. Zbieram je, kolekcjonuję, ale nie liczę.
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 12 grudnia 2025 19:47 |
Komentarze:
|
Zdzislaw @lukasz-swiecicki |
| 13 grudnia 2025 11:26 |
"człowiek w rzeczywistości starszy niż własny dziadek"
Też tak mam, raczej miewam, ale nie z dziadkiem, tylko z rodzicami. Też - z Bożą pomocą - przeżyłem ich o dobrych parę lat, szczególnie matuleńkę, o której coraz częściej myślę, jako o młodej dziewczynie. Była nią przecież, gdy cofam się wspomnieniami do czasów, kiedy miałem tych kilka zaledwie lat. I dopiero teraz podziwiam jaka była pracowita i zapobiegliwa, ile rzeczy chciała, umiała i musiała robić. Często przy tym myślę skąd czerpała motywacje do tego wysiłku ponad te skromne zasoby jakimi dysponowała. I które pewnie wyczerpały się przedwcześnie. Oczywistą konsekwencją są porównania z nią, z obojgiem raczej, i ze mną samym. I niestety muszę często przyznać sam przed sobą, żę moja - wydawałoby się - nad nimi przewaga jest mocno iluzoryczna. I na pewno nie jest moją zasługą.