Jestem piłkarzem??
Jestem piłkarzem??
Jest cały szereg felietonów, które zasadniczo napisałem w malignie czyli mówiąc po ludzku w stanie gorączki i choroby. Wynikałoby z tego, że często choruję. Mi się tak wcale nie wydaje, ale może i coś w tym jest. A może to jest tak, że jak mam gorączkę to mi się coś bardzo plastycznie śni?
W każdym razie obecnie jestem chory. Sam nie wiem co mi jest, ale w nocy albo nie śpię albo coś i się dziwnego śni. Dziś mi się śniło, że zastanawiam się nad sobą, to znaczy nad tym co jest dla mnie szczególnie ważne, co stanowi o tym, że jestem sobą. We śnie ukazał mi się jakby napis, a może była to podpisana papierowa teczka na dokumenty?, „jesteś piłkarzem”. Jak to we śnie, bo to jest możliwe tylko we śnie, nie odrzuciłem natychmiast tej koncepcji. No bo co jak co, ale piłkarzem to prawie na pewno nie jestem zupełnie.
Ale ponieważ ten napis jakoś ze mną został i zdawał mi się całkiem słuszny - zastanowiłem się nad tym.
Z pewnością kiedy byłem dzieckiem w mojej wyobraźni, i w wyobraźni moich rówieśników, istnieli przede wszystkim piłkarze. No bo niby był Fibak i jego tenis, ale tego w Polsce nie można było w zasadzie obejrzeć, no i nikt z nas nie miał rakiety. A jak już ktoś miał to nie było piłki.
Byli lekkoatleci, ale oni raczej tak sami, bez jakiejś drużyny, nie spotykali się z chłopakami.
Byli, to prawda, siatkarze, i pamiętam dobrze, że mój Tata i jego młodszy brat (który przecież zginął w wypadku samochodowym, kiedy miałem wszystkiego 9 lat) z kolegami grali w siatkę na laskowskiej drodze albo pod naszym garażem. I to były zawzięte rozgrywki. Ale jednak siatkówka to jakoś nie było to.
Najważniejsza była piłka nożna. Miałem 11 lat, kiedy Polska została Mistrzem Olimpijskim w piłkę nożną - a wtedy na Olimpiadę jeździły normalne, pełne reprezentacje - nie tak jak teraz jacyś juniorzy, których nikt nie zna. A kiedy miałem lat 13 (a w zasadzie 12 i pół) Polacy zdobyli srebrny medal Mistrzostw Świata (co prawda nie było to wcale drugie, tylko trzecie miejsce - ale w 1974 za trzecie dawali srebrny medal). W zasadzie chyba wszyscy byliśmy w stu procentach przekonani, że po prostu powinni dostać złoto, tylko ta woda na boisku no i Niemcy mieli farta. Ale myśmy uważali, że Polacy byli absolutnie najlepsi. Oglądaliśmy te Mistrzostwa nad morzem, w Sobieszewie, u takiego gospodarza, który akurat miał telewizor. Przed domem był wielki stóg słomy (chyba to była słoma a nie siano) i po każdej naszej bramce trzeba było wbiec na samą górę stogu i stamtąd skoczyć… Rodzice nie wiedzieli. W meczu z Haiti (było 7:0!) o mało nie połamaliśmy sobie nóg. Trudno mi powiedzieć ile zabrakło, ale to był naprawdę duży stóg. A skakać trzeba było uczciwie.
Chodzi mi o to, że chyba tylko wówczas, raz w życiu, byliśmy (ja i mój brat) tak niesamowicie szczęśliwi. Po prostu niesamowicie. Nie wiedzieliśmy co z sobą zrobić. My chyba chcieliśmy sobie te nogi połamać w ofierze dla „orłów Górskiego”. Podziwialiśmy zresztą chyba najbardziej właśnie pana Kazimierza, choć przecież on nie grał, ale był jak Piłsudski (a wiedzieliśmy co nam było trzeba na temat Piłsudskiego!). On „im” pokazał. Zawołał tych piłkarzy, jak żołnierzy, i oni ich roznieśli. Szarmach, Lato, Gadocha i Tomaszewski byli naszymi bohaterami. Ale największym bohaterem był Włodek Lubański, rycerz bez skazy, prawdziwy Zawisza Czarny. Tylko on już w Mistrzostwach nie grał, bo został haniebnie sfaulowany przez McFarlanda… Bo inaczej byśmy ich wszystkich roznieśli. Włodek by rozniósł. Lewandowski przy nim to nic. Możecie mi wierzyć.
Takie było tło historyczne. Jeśli chodzi o moje indywidualne wyczyny to rzeczywiście nie byłem zbyt zdolnym piłkarzem. W ogóle byłem mało sportowy i spędzałem większość czasu z nosem w książce. Znałem na pamięć w zasadzie całą książkę „Walka o złotą Nike” i kilka podobnych. Miałem kapsle z nazwiskami wszystkich uczestników chyba wszystkich kolejnych Mistrzostw, ale żeby tak samemu grać, to nie za bardzo w tym okresie.
Jednak kilka lat później bardzo się rozruszałem. Co prawda moja technika gry pozostawiała wiele do życzenia, byłem za to naprawdę bardzo szybki i miałem wielkie serce do gry. W międzynarodowym meczu Polska - Niemcy, rozegranym po ślubie mojej kuzynki i jej męża Dietera, strzeliłem trzy bramki. A Polska wygrała 5:4, więc jak widać mój wkład w zwycięstwo był istotny! Podczas służby wojskowej grałem tak zawzięcie, że nasza kompania dostała zakaz gry w piłkę nożną - po dwóch złamaniach nogi. Nie jestem pewien czy to mogła być moja wina. Ja na pewno niczego sobie nie złamałem. Ale graliśmy w butach wojskowych, więc faule wyglądały ciekawie. Moja obecność na tzw. murawie w zasadzie zawsze zwiastowała, że coś się tam będzie działo.
Nie myślałem o tym od lat. Od dawna już nie gram w piłkę. Ale coś w tym jednak może być. Może w głębi serca jestem po prostu piłkarzem, a te inne rzeczy nie są znowu aż tak ważne?
tagi:
|
lukasz-swiecicki |
| 18 marca 2026 20:17 |