Znowu na dyżurze...
Znowu na dyżurze…
Nie wiem od czego zacząć, bo wszystko wydaje się ważne. Z mojego punktu widzenia oczywiście.
Dobrze. Zacznę od siebie i swoich dyżurów.
Nie dyżurowałem co najmniej od 25 lat. Na pewno nigdy w XXI wieku. Ale wydaje mi się, że w 1999 też już nie. Więc pewnie od 26 lat.
O dziwo pamiętam swój ostatni dyżur. Pewnie dlatego, że zupełnie nie ma co pamiętać. Wszedłem do pokoju lekarskiego i na chwilę, w ubraniu oczywiście, położyłem się na kanapie. Byłem pewien, że telefon zadzwoni po piętnastu minutach, może po połowie godziny, jeśli będę miał szczęście. Tak po prostu zawsze jest na dyżurach.
Obudziło mnie słońce na twarzy. Było ciepło, cichutko, rozkosznie. Był ranek. Za pół godziny miała przyjść moja zmiana. Nikt nie dzwonił przez jakieś 14 godzin. I telefon wcale nie był zepsuty. Jakimś niesamowitym trafem nic się po prostu nie działo. Zupełnie nic. I wiedziałem, że to mój ostatni dyżur. Że jako zastępca ordynatora, bo chyba nim wtedy byłem, nie muszę już dyżurować. Trochę mi było żal, ale też czułem niezwykły spokój wewnętrzny. Ten spokój właśnie pamiętam.
A teraz jeszcze raz od innej strony.
Dyżur (chodzi mi o dyżur lekarski, bo przecież są jeszcze inne, ale dla mnie zawsze oznaczało to „dyżur lekarski”) to szczególna rzeczywistość. Taka trochę poza czasem i przestrzenią. Coś specjalnego. Mówisz „mam dyżur” i zostajesz wyjęty z otoczenia. Trochę tak jak prorok Habakuk, który został zaniesiony przez anioła do jaskini, w której Daniel siedział sobie z lwami. Proroka zabrało razem z zupą. Z łyżką w ręku. Tak samo jest w zasadzie z dyżurem, przychodzi anioł dyżurowy i znikasz. Razem z zupą i łyżką. Znikasz towarzystwu, dzieciom, żonie. Masz dyżur.
Moi Rodzice dyżurowali od kiedy pamiętam. Czasem byli, a czasem ich nie było. Można było protestować, że ich nie ma. Ale nie wtedy, kiedy mieli dyżur. Wtedy po prostu nic nie można było mówić. Bo dyżur to taka specjalna sprawa.
Potem sam zacząłem dyżurować i doświadczyłem tego jak Habakuk. Bywałem regularnie przenoszony do innej przestrzeni i tam „podejmowałem obowiązki”, a całe moje życie? Po prostu musiało poczekać.
Czy to jest fajne? Czasem jest. Ale czy to nie jest straszne? W rzeczywistości - jest! Bo przecież może się tyle rzeczy wydarzyć w twoim życiu, mogą chorować ludzie i zwierzęta, sam możesz chorować, może cię rzucić dziewczyna zła, a możesz też mieć super-propozycję jakiegoś wyjazdu. Ale ty masz dyżur i wszystko musi poczekać. Świat musi się zatrzymać. Pewno każdy lekarz się ze mną zgodzi, chyba że wszystko się już zmieniło… Ale chyba aż tak się nie zmieniło.
Tej pięknej, bo jednak pięknej, ale i strasznej, bo jednak strasznej, rzeczywistości byłem pozbawiony (pozbawiłem się?) przez ostatnie 25 czy 26 lat. Aż do teraz.
Bo w ostatnią sobotę musiałem pójść na dyżur. Po prostu w polskiej służbie zdrowia zaszły już takie zmiany na lepsze, aż takie zmiany!, że stary profesor musi iść na dyżur. Żeby jakość była lepsza. Tego profesora jakość. No i oczywiście dyżuru. Też w najbliższym czasie w urzędzie gminy za biurkiem posadzą premiera. Jak jest dobrym premierem to jakim będzie dopiero urzędnikiem!! Klękajcie narody.
Zaszły takie zmiany, ja nie neguję, że zaszły - no to poszedłem.
W izbie przyjęć tak jakby nic się nie zmieniło od 25 lat. Nawet na dyżurze jest siostra Agnieszka, teraz się mówi „pani”, ale to ta sama osoba! I nawet się w ogóle ta Agnieszka nie zmieniła!! Ludzie kochani, to tylko na izbie pracować. Ćwierć wieku minęło, a kobieta zupełnie ta sama. Zupełnie jak ja, bo ja też przecież się nie zmieniłem. Nawet Agnieszka od razu to zauważyła, bo powiedziała:
— O Jezu!! To pan profesorze?? Nic się pan nie zmienił….
No więc też zauważyła, że nic.
Poza tym jak tylko się pojawiłem to przyjechały trzy karetki. Jak wtedy, kiedy tu byłem ostatnio (oczywiście z wyjątkiem tego dyżuru co to nic się na nim wtedy nie wydarzyło, bo wtedy nikt nie podjeżdżał!).
Tylko teraz mają takie rozkładane łóżka na kółkach, co wtedy nie mieli. Nimi wjeżdżają i razem z łóżkiem wchodzą dwaj panowie na pomarańczowo.
Okazuje się, że to nie ich mam badać. Agnieszka mi dała znak, że nie ich. To już jestem w domu. Czyli ja do tego gościa co jest na wózku. Chciałem, żeby wstał. Ale okazuje się, że nie można. Musi tak leżeć, bo teraz są takie przepisy. Pewnie unijne, bo dziwne jakieś.
To chciałem przynajmniej wyprosić tych panów na pomarańczowo. Kiedyś się zawsze samemu badało… Ale Agnieszka pokazuje, że absolutnie nie. Nie wypraszać. Fatalny pomysł. To ja w takim razie proszę o przerwę i idę się naradzić z Agnieszką, bo nie rozumiem wszystkich jej gestów. To, że się puka w głowę to rozumiem. To do mnie. Ale poza tym??
— O co chodzi? - pytam cicho.
— A kto nam tego pacjenta odwiezie??
— A gdzie niby?
— No tam skąd przywieźli.
— A będziemy wieźć??
— A ja wiem? Ale jak wyjdą, to sobie pójdą i co wtedy zrobimy? Niech siedzą z panem profesorem i już.
A więc to takie buty! No tak, powinienem się domyślić sam. Ale w XX wieku takich sytuacji nie mieliśmy… I nierzadko furmanki po drogach jeździły. Oj nierzadko. Zdarzało się także mendel jajek dostać. A teraz nie. W żadnym wypadku. Żadnych mendli.
Zbadałem pacjenta, wyraziłem swoje zdanie (że odwieźć do tego szpitala z którego przywieźli. W ogóle nie nasz pacjent. Tak jak było w mojej młodości. Przywożą każdego kto się nawinie…). Szukam kartki, żeby napisać. Nie ma kartki.
— Pani Agnieszko, tu nie ma żadnej kartki.
— A po co panu niby kartka??
— No jak to? Chcę napisać konsultację przecież.
— A to nie profesorze. To nie na kartce. Komputer pan od tego ma.
— I co potem? Dam panom komputer??
— Nie, no co pan gada. Wydrukuje się i pan to da.
— Ale to szybciej będzie jak od razu napiszę!
— Może i szybciej, ale przepisy są takie, że w systemie.
Komputer nie działa.
— Bo musi się pan zalogować.
— Zalogowałem się.
— A jakie hasło?
— No jakie? Moje przecież.
— No jak pańskie jak login ma pan na Martynę.
— Na jaką znowu Martynę??
— A co panu za różnica? I tak jej pan nie zna. Z innej zmiany jest.
— No to co mam zrobić? Jakie jest Martyny hasło?
— Jakie to ja nie wiem. Może niech pan zresetuje.
Resetuję. Martyna jest odporna na resetowanie.
— No widzi pan.. Zawsze coś dziwnego było w tej dziewczynie… To może niech pan przyjdzie do mojego komputera i napisze na mnie.
Piszę na Agnieszkę. To wychodzi potem, że Agnieszka skonsultowała. A ona nie może, bo pielęgniarka…
W międzyczasie łapię załogę karetki. Próbowali chyłkiem uciec. Chcieli nawet pacjenta zabrać, ale przecież nie mają karty odmowy. To bez karty się nie da.
Izba przyjęć napełnia się ludźmi. Jest coraz ciaśniej i głośniej.
Mój Boże, zupełnie jak kiedyś. Czuję się młodszy o 25 lat. Niby wszystko się zmieniło, ale wszystko jest jak było.
Etos dyżuru. Po prostu. Jak za tym nie tęsknić…
tagi: dyżur lekarski
|
lukasz-swiecicki |
| 14 lipca 2025 11:45 |
Komentarze:
|
|
Henry @lukasz-swiecicki |
| 14 lipca 2025 13:04 |
Aby pracować w służbie zdrowia to trzeba mieć dużo zdrowia ;-)
|
|
MarekBielany @Henry 14 lipca 2025 15:04 |
| 16 lipca 2025 21:08 |
a aby chorować też trzeba być zdrowym.
:)
|
|
cbrengland @MarekBielany 16 lipca 2025 23:08 |
| 17 lipca 2025 12:06 |
To rozumiem :-)
________
|
|
cbrengland @cbrengland 17 lipca 2025 14:06 |
| 17 lipca 2025 13:25 |
Nie wiem dlaczego tak się stało ale to mialo być do ciebie u mnie pod Londynem, za twojego plusa tam :-) No to poprawię to
________
|
|
MarekBielany @cbrengland 17 lipca 2025 15:25 |
| 18 lipca 2025 22:00 |
.
o leczeniu nie wspomnę.
Jest na wysokim poziomie, o ile zdążysz do odchodzącego na emeryturę.
P.S.
jak się Pacjentowi śpieszy.
|
|
MarekBielany @cbrengland 17 lipca 2025 15:25 |
| 18 lipca 2025 22:00 |
.
o leczeniu nie wspomnę.
Jest na wysokim poziomie, o ile zdążysz do odchodzącego na emeryturę.
P.S.
jak się Pacjentowi śpieszy.
|
|
MarekBielany @MarekBielany 19 lipca 2025 00:00 |
| 18 lipca 2025 22:02 |
Przepraszam za
baden baden