-

lukasz-swiecicki

Psychiatrzy i psychoterapeuci

Psychiatrzy i psychoterapeuci

 

Od razu na początku chciałbym zwrócić uwagę, że tytuł nie brzmi „psychiatrzy a psychoterapeuci”, a już z pewnością nie „psychiatrzy versus psychoterapeuci”. I w ogóle nie mam nawet takiej malutkiej myśli (czyli myślątka) w tym kierunku.

Druga rzecz, którą też muszę od razu podkreślić - to są psychiatrzy i psychoterapeuci w moim życiu. W życiu starego psychiatry, który nazywa się Łukasz Święcicki. Nie mam żadnych pretensji do uniwersalnych stwierdzeń. Nie znam stwierdzeń uniwersalnych w tym temacie i w ogóle nie wiem czy takie istnieją. Mam swoje obserwacje, intuicje, odczucia.

Zostałem, albo raczej zacząłem być, psychiatrą w 1986 roku, nawiasem mówiąc moja prababcia Halina Jaroszyńska (de domo Hubert, w prostej linii pochodząca od Józefa Bema - jego rodzona siostra Domicela Bem była babcią mojej prababci) urodzona w 1886 roku właśnie wówczas zmarła. To nie ma nic do rzeczy, ale tak mi się daty skojarzyły.

Mam poczucie, graniczące z pewnością, że dla znacznej większości ludzi psychiatrzy to właściwie to samo co psychoterapeuci. A może raczej, że psychiatrzy są większym zbiorem, w obrębie którego lokuje się zbiór pod nazwą psychoterapeuci (względnie, być może, odwrotnie). Tymczasem tak naprawdę nie jest. To są w zasadzie dwa odrębne zbiory, które minimalnie na siebie zachodzą. Ale naprawdę marginalnie. Przynajmniej w Polsce bycie psychiatrą oznacza niemal zawsze „nie-bycie” psychoterapeutą (i odwrotnie rzecz jasna).

W 1986 chyba tego nie wiedziałem. Byłem wówczas bardzo nastawiony na to, żeby być właśnie terapeutą, a lekarzem tylko przy okazji. To się nawet odzwierciedlało na zewnątrz. Po pierwsze - odmawiałem noszenia fartucha.

Uważałem fartuch za niegodne podkreślanie mojej inności od pacjentów, podczas gdy ja chciałem właśnie podkreślać moją z nimi jedność. Zmuszany przez profesora Pużyńskiego (który miał lekkiego hopla na tym punkcie) do noszenia fartucha, wybierałem z szafy fartuch dr Załuski, która była ode mnie niższa o dwie głowy i miała kobiecy fartuch z tak zwanymi zaszewkami na biuście. Fartuch się nie dopinał, był o wiele za krótki i jak najgorzej na mnie leżał. Wyglądałem wprost zadziwiająco i byłem z tego dumny. Tak mam często, wiem, że to mój problem. Walczę z tym, niezbyt energicznie, ale jednak.

Po drugie - na drugie śniadanie (dlatego to jest „po drugie”, a nie po pierwsze) chodziłem zawsze do pokoju psychoterapeutów. Właściwie terapeutek - w tych czasach w oddziale F7 były dwie psychoterapeutki - psychoanalityczka Wiesia Walecka i CBTówka Ewa Habrat (mam nadzieję, że Ewa, jeśli to kiedyś przeczyta, wybaczy mi CBT-ówkę, jest możliwe, że wcale nią nie była i raczej była terapeutką humanistyczną, ale ja tak o niej wówczas myślałem..). Więc chodziłem do Wiesi i do Ewy i u nich jadłem swoje trzy bułki. Bo w tych czasach to była zawsze trzy bułki, z czego dziewczyny trochę się śmiały, a trochę mi zazdrościły. Byłem strasznie chudy (ważyłem około 60 kg przy wzroście 181 cm) i mogłem jeść wszystko bez żadnej obawy. Do lekarzy nie chodziłem. Nie byłem z nimi na „ty” i w ogóle nie odczuwałem duchowego pokrewieństwa.

Ale to wszystko do czasu. Podyżurowałem, popracowałem ciężko i jakoś mi zaczęły do głowy trafiać te różne czysto medyczne (jak sądziłem) mądrości. Przeszedłem także na „ty” z doktorem Kalinowskim i stał się on dla mnie autorytetem.

Nie musiało to wcale oznaczać rezygnacji z terapeutycznej części mojego ja. Pewnie nie musiało. Ale w praktyce oznaczało. Od tej pory stałem się psychiatrą biologicznym. Choć oczywiście nie stało się to z tygodnia na tydzień, ani nawet, jak przypuszczam, z miesiąca na miesiąc.

To wcale nie znaczy, że zacząłem zwalczać psychoterapię i stałem się rycerzem psychiatrii biologicznej. Po prostu uwierzyłem w obowiązujący wówczas kanon - jest duża psychiatria to znaczy dziedzina zajmująca się naprawdę chorymi ludźmi, chorymi na schizofrenię, depresję, psychozę maniakalno-depresyjną (bo tak się wtedy mówiło na chorobę afektywną dwubiegunową) i mała psychiatria to znaczy dziedzina zajmująca się osobami, które nie mogą sobie znaleźć swojego miejsca w Świecie, ale, powiedzmy sobie szczerze, chore to te osoby nie są. I psychiatrią dużą zajmowaliśmy się my. A psychiatria małą to chyba oni? Mało mnie to w tym czasie obchodziło czym „oni” (terapeuci) się zajmują. Broń Boże ich nie zwalczałem. Osobiście nawet bardzo lubiłem, ale trochę tak jak się lubi rozkoszne dzieciaczki, które się tam gdzieś plączą, coś tam sobie robią, a w tym czasie my, ludzie dorośli, kierujemy tą całą nawą, aby się nie rozbiła i żeby te słodkie dzieci dalej mogły sobie brykać. Oczywiście, że przesadzam pisząc w ten sposób, ale obawiam się, że mniej przesadzam niż mogłoby się wydawać.

W tym czasie pokochałem swój fartuch, coraz lepiej dopasowany (nawiasem mówiąc kupiłem sobie własny, na miarę, nie polegając na służbowym!), pokochałem leki, pokochałem także elektrowstrząsy. Ratowałem ludziom życie. Byłem zajęty.

Ostatnia część tej historii to, jak sądzę, ostatnie 10 a może 15 lat. Stopniowo zaczęło do mnie trafiać, że jestem w błędzie wyznając tę dziwną „internistyczną psychiatrię”. Bo czegoś takiego nie ma. A rozmowa z drugim człowiekiem o jego cierpieniu nie jest w żadnym stopniu „innym rodzajem rozmowy o tym, że ktoś ma zaburzenia rytmu serca”. Zrozumiałem, że nie ma prawdziwych narzędzi do pomiaru psychicznych dolegliwości. Co więcej, zaczęło do mnie docierać, że takich narzędzi nigdy nie będzie. Że to jest po prostu natura rzeczy!! Do tej pory byłem głęboko przekonany, tak głęboko, że nawet sam ze sobą o tym nie rozmawiałem, że jest to tylko kwestia czasu. Znajdą się narzędzia i zmierzą. Znajdą się leki i wyleczą. Terapeuci będą sobie nadal rozkosznie hasać i pląsać z pacjentami, coś przecież muszą robić, a my w tym czasie uratujemy ludzkość. To był rodzaj wstrząsu zorientować się, że nigdy tak nie będzie. I choćby przyszło tysiąc psychiatrów i każdy zjadłby tysiąc kotletów i każdy nie wiem jak się wytężał… To nie udźwigną. Bo to jest ciężar.

Ten ciężar spada na terapeutów i na lekarzy. To jest duży ciężar. Nie będziemy się bili o to, kto ma go dźwigać. Ja nawet czasem odczuwam pokusę żeby już nie dźwigać. To nie są wyścigi więc nie można wygrać. Nie chodzi tu o to, że polubiłem psychoterapeutów, bo ja nigdy nie przestałem lubić tych przemiłych i fajnych kolegów (i koleżanek rzecz oczywista!!), ale wreszcie zrozumiałem, że i ja i wszyscy pacjenci (tak! Nawet ci, którzy są obecnie ledwo żywi! Także oni!) potrzebujemy niezbędnie podejścia terapeutycznego i nie zmieni tego żadna tabletka, choćby najładniejsza.

I tak to się ułożyło w moim życiu zawodowym. Pozornie wróciłem na stare miejsce, ale myślę, że chyba wystarczająco dużo napisałem, żebyście zrozumieli, że to nie jest to miejsce z którego wyszedłem. Nie wiem jaka będzie dalsza droga, nie wiem czy w ogóle jeszcze jakaś mnie czeka. Dotychczasowe etapy były jednak dla mnie fascynujące. Dlatego postanowiłem się podzielić.

Pozdrawiam Wszystkich psychiatrów i psychoterapeutów, a także wszystkie psychiatrki (to straszne słowo, ale być może istnieje) i psychoterapeutki, którzy będą czytali ten tekst. Moim zdaniem nawet gdybyśmy się nie lubili - i tak jesteśmy na siebie skazani.

Ale na szczęście my się lubimy, więc to jest takie miłe skazanie i nie będzie nas bolało. Obyśmy byli skuteczni!



tagi:

lukasz-swiecicki
16 listopada 2025 20:45
25     948    8 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

chlor @lukasz-swiecicki
16 listopada 2025 21:25

Tak, ale co właściwie robią psychoterapeuci? Jeszcze do kompletu są psychoanalitycy. 

 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @lukasz-swiecicki
16 listopada 2025 21:37

Założenie białego fartucha to jest przepustka ?

 

 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @chlor 16 listopada 2025 21:25
16 listopada 2025 21:41

To jest słuszne pytanie. Ale żeby na nie odpowiedzieć muszę napisać następny tekst. Tłumaczenie tego w jednym czy dwóch zdaniach nie zda egzaminu i zepsuje całą narrację. Więc oczywiście czuję się wezwany do odpowiedzi i zgodnie z Pana życzeniem będę pisal taki tekst "Co właściwie robią psychoterapeuci?". Jednak zakładamy, że psychanalitycy to rodzaj psychoterapeutów, choć akurat tego rodzaju specajlnie nie lubię. Oczywiście nie jako osób. Jako osoby bywają świetni. Wspomniana Wiesia była wspaniałą osobą. Ale idea jest chyba nie bardzo. 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @MarekBielany 16 listopada 2025 21:37
16 listopada 2025 21:42

Na pewno kiedyś była. Teraz chyba nie. Nie wiem do końca. Teraz to się dziwnie rezydenci ubierają... 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @lukasz-swiecicki 16 listopada 2025 21:42
16 listopada 2025 21:53

dla uspokojenia oczu ?

Alba ?

razi ?

 

 

zaloguj się by móc komentować

chlor @lukasz-swiecicki 16 listopada 2025 21:41
16 listopada 2025 22:01

W dodatku na końcu szeregu :psychoterapeuta - psychoanalityk - mamy speca który poprzez hipnozę tłumaczy problemy klienta traumą z jego poprzedniego wcielenia przeżytą podczas Powstania Warszawskiego. 

 

 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @chlor 16 listopada 2025 22:01
17 listopada 2025 14:45

Nie, to nie jest ten szereg. Zdecydowanie nie.

zaloguj się by móc komentować

zkr @chlor 16 listopada 2025 22:01
17 listopada 2025 16:56

Wie Pan...

Kiedys wymyslilem taki "zarcik":

Czym sie rozni psychiatra od psychologa?
Tym czym astrofizyk od astrologa.


Teraz widze, ze tak nie jest.

Znam czlowieka, ktory zjadl "wiadro" psychotropow.
Niewiele to pomoglo.
Czasem rozmowa z zawodowcem (oraz zmiana stylu zycia!) pomaga.

A teraz dochodzi do mnie, ze czesto potrzeba rozmowy z ksiedzem.
Jak to pisal jeden z komentatorow "to brak wymiaru wertykalnego":

O ludziach, którzy boją się umrzeć. Słowo leczy, ale też zabija.

zaloguj się by móc komentować

kr @lukasz-swiecicki
17 listopada 2025 17:56

Bardzo nie to samo. Zarabiają inaczej.

zaloguj się by móc komentować

Alberyk @lukasz-swiecicki 16 listopada 2025 21:41
17 listopada 2025 22:27

Od teraz i ja, również czekam na ten tekst z niecierpliwością ;-)

Fanem psychoanalizy też nie jestem, natomiast ciekawi mnie Pana opinia, co do innych szkół (bechawioralno-poznawczej, integracyjnej, humanistycznej,  ...), zwłaszcza w zakresie ich przydatności i skuteczności w terapii. 

 

Serdecznie pozdrawiam.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @lukasz-swiecicki
17 listopada 2025 23:34

Są jeszcze bardziej hardcorowe feminatywy: np. chirurżka :)))

Nie wiem, czy tyczy to wszystkich lekarzy psychiatrów - moja znakomita znajoma, lekarz psychiatra i biegły sądowy, jest osobą niezwykle wrażliwą, każdy nerw na wierzchu. Jednocześnie ma szampańskie poczucie humoru i... kolekcję takich psychiatrycznych dowcipów, że uszy czerwienieją i następnie więdną bezpowrotnie. Nie wiem, czy to norma zawodowa? 

Natomiast wspaniale gotuje :)

Jest uczennicą profesora Adama Bilikiewicza - słynnego tutaj Bila - i pozostała jej z tego czasu głęboka awersja do alkoholików. Gdyby ktoś nie wiedział - dawno temu profesor zaproponował potopienie alkoholików  w Bałtyku. Tak głosiła fama.

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @KOSSOBOR 17 listopada 2025 23:34
18 listopada 2025 20:03

Adam Bilikiewicz był recenzentem mojego doktoratu. W jego recenzji najbardziej podobało mi się "czytałem doktorat w pociągu do Gdańska i ani razu nie zasnąłem. Tak że gratuluje doktorantowi. Całkiem wciągające". A to był doktorat o witaminach. Temat nudny jak flaki z olejem. ale dałem radę. Przynajmniej byłem wciągający...

zaloguj się by móc komentować

chlor @KOSSOBOR 17 listopada 2025 23:34
18 listopada 2025 20:13

"Są jeszcze bardziej hardcorowe feminatywy: np. chirurżka :)))". 

Po trzech latach przerwy zajrzałem na stronę mojej dawnej placówki naukowej, i tam w dziale aktualności co parę zdań padało słowo: "naukowczyni".

 

zaloguj się by móc komentować

chlor @Traube 18 listopada 2025 20:36
18 listopada 2025 20:58

Nie znałem, zatkało mnie. Czyli np śnieżka to naukowczyni badająca zaburzenia snu.

 

zaloguj się by móc komentować

zkr @chlor 18 listopada 2025 20:58
18 listopada 2025 21:16

> śnieżka to naukowczyni badająca zaburzenia snu.

albo meteorolozka zajmujaca sie badaniem sniegu ;)

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @Traube 18 listopada 2025 20:36
18 listopada 2025 22:07

Niezłe. Nie widziałem. 

zaloguj się by móc komentować

Zdzislaw @lukasz-swiecicki
18 listopada 2025 23:11

Z jednej strony - podziwiam: odwaliłeś kolego kawał dobrej roboty!!. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie dostrzegł pewnego niedosytu.

No bo np. ten cały ambaras z ujemnymi cenami prądu (lub - raczej - z koniecznością wyłączania nadmiarowych źródeł) nie jest zawiniony przez samą technologię fotowoltaiczną czy też "wiatrakową", lecz przez niezupełnie rozważne jej (ich) stosowanie. Mówię o niezupełnym, a nie całkowitym braku rozwagi, jako że pewne aspekty społeczno-gospodarcze sugerowaly jednak masowe wdrażanie tych technologii nie bacząc na brak rozwiazań w zakresie pełnego i efektywnego ich zastosowania. Dzięki temu powstał ogromny przemysł produkcji wiatraków i paneli, a ceny tych urządzeń spadły na przysłowiowy "pysk". Mówiąc krótko  - decydenci odpowiedzialni za uruchomienie omawianego procesu cokolwiek (delikatnie mówiąc) przesadzili z tymi dotacjami i owczym pędem do stosowania "odnawialnych źródeł:" energii elektrycznej, lecz można zrozumieć ich motywy i nawet w znacznym stopniu usprawiedliwić.

Przypomina to zresztą inne wczesne etapy rozwoju różnych technologii, jak choćby techniki komputerowej, gdzie wszystkie komputery wyprodukowane do "wczoraj" nie mają "dzisiaj" nawet wartości złomu, jako że odzysk zużytych materiałów kosztuje niemal tyle (optymistycznie licząc), ile bedą warte po ich odzyskaniu. Czy jest to jednak powód, dla którego należałoby niegdyś - gdybyśmy zdawali sobie sprawę ile śmieci produkujemy - zaniechać ten rozwój i pozostać przy "liczydłach". Oczywiście - warto zauważyć - wtedy na przykład nie moglibyśmy tu prowadzić "zdalnie" tych naszych dyskusji o wszystkim. Nie mówiąc już o tym, że np. jeden facet (nawet na "pół etatu"), wyposażony w kompa i drukarkę oraz dostęp do netu, jest obecnie w stanie wykonać robotę pokaźnego biura projektów z minionej epoki, w którym pracowało liczne grono projektantów, kreślarzy, maszynistek, "techników" od powielania i oprawiania dokumentacji , "bibliotekarzy", dokumentalistów, kierowników i dyrektorów, sekretarek i mnóstwa powierzchni roboczej, ogrzewanej i oświetlanej z nieodnawialnych źódeł energii.

Czego więc brakuje, aby przełamać wszystkie niedogodności związane z ww. technologiami. Na pewno brakuje magazynowania energii l/lub produktywnego wykorzystywania nadwyżek. Obecnie najprostsze masowe magazynowanie energii - choć w cale nie tanie - odbywa się w zbiornikach wody elektrowni szczytowo-pompowych (nadwyżki) lub zaporach na rzekach (zapas na wypadek niedoborów). Tęgie głowy poszukują innych sposobów, które nie wymagają takich (jak wyżej) warunków terenowych, mogą być zastosowane wszędzie, bardziej kompaktowych i "modularnych". Z tego zaczynają się wyłaniać perspektywy opanowania problemów. I chyba nie wodór w postaci gazowej (sprężony, skroplony lub rozpuszczony w metalu) bedzie tym najlepszym rowiązaniem. Już prędzej jakieś chemiczne "nosniki" wodoru  - np. amoniak, czy syntetyczne ("zielone") paliwa. A produktywne wykorzystanie nadwyzek??? Więc samochody elektryczne, ładowane w godzinach południowych, czyli "zjadające" wszystkie (większość) nadwyżek produkcyjnych. Albo przerywana produkcja żelaza/stali, chemikaliów (w tym amoniaku, czy paliw syntetycznych). A samochody wyposazone nie w drogie akumulatory litowe, których juz niebawwem może zacząc brakować, lecz w dużo tańsze i wydajniejsze sodowo-siarkowe, do których surowców nigdy nie zabraknie.

A elektrownie atomowe, bardzo wskazane jako "awaryjne" źrdło energii, to nie te obecne oparte na "paliwie" uranowym, lecz na torze, znacznie bardziej "ekologiczne" i równieź nie zagrozone brakiem surowca.

Że nie wpomnę o idei globalnej sieci elektrycznej, dla której zawsze gdzieś świeci słońce, oczywiście opartej o stałoprądowe linie transmisyjne +/- 1100 kV, z węzłami oddalonymi od siebie o tysiące kilometrów. Pierwsza taka i na razie jedyna pracuje w Chinach i "transportuje" produkcję "trzech Bełchatowów" z Sinkiangu na oddalony o tysiące kilometrów uprzemysłowiony Wschód. 

zaloguj się by móc komentować

Zdzislaw @Zdzislaw 18 listopada 2025 23:11
18 listopada 2025 23:19

Ja przepraszam Panie profesorze za pomyłkę. Już skopiowalem powyższy elaborat do notki Andrzeja z Gdańska.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @Traube 18 listopada 2025 06:02
19 listopada 2025 00:13

Tak, tak, chodziło mi o "starego" Bila, który wywoływal tu duże poruszenie swoimi pomysłami na walkę z alkoholikami.  Syn poszedł w jego ślady zawodowe, ale chyba z alkoholikami nie zaczynał ;) 

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @lukasz-swiecicki 18 listopada 2025 20:03
19 listopada 2025 00:17

:)))!

Wiedza o witaminach jest bardzo potrzebna... Wczoraj 5,5letnia Lilka przepytywała mnie "w temacie". A ja? No prymnityw, bynajmniej! /Bachory, to - jak wiadomo - zakała ludzkości!/

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @chlor 18 listopada 2025 20:13
19 listopada 2025 00:20

Jakies wzmożone aspirantki - redaktorki /?/ w swoich podkastach z wywiadami, przedstwaiają gościa: nasza gościni. Natychmiast wyłączam.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @Traube 18 listopada 2025 20:36
19 listopada 2025 00:23

Hmmm... Zatem saperżka czy saperka? Saperka to taka łopatka... No chyba że kobitki nie robią przy wybuchach.

zaloguj się by móc komentować

MarekAd @lukasz-swiecicki
19 listopada 2025 04:59

Ciekawy wpis. Publiczne przyznanie się do błędu to zawsze duża rzecz. Świadczy o wewnętrznej wolności człowieka.
A tabletki będą pewnie jeszcze lepsze i niewątpliwie nieraz pomogą, ale wątpię żeby rozwiązywały problem.
Co do psychoanalityków to faktycznie temat obszerny, godny osobnej notki. 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @KOSSOBOR 19 listopada 2025 00:20
19 listopada 2025 15:44

Oooo!! Ja tak samo! Na gościni zawsze wyłączam. 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @KOSSOBOR 19 listopada 2025 00:20
19 listopada 2025 21:47

Emerytalny przywilej.

Też przeglądam, a czasem usypiam.

W różnych pojazdach/pływadłach/latadłach obok pilota siedział oficer od walki na radary i te tam takie.

 

P.S.

konfesja

ojciec mateusz

komisarz rex/alex

25 miłości

 

P.S.2

25 lat miłości.

 

P.S.3

Oficjalnym komentatorom się nie chce.

 

pjejstejszon ?

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować