O wnukach, apetycie i Borysie (poniekąd)
O wnukach, apetycie i Borysie poniekąd.
Nadal jestem tam gdzie jestem. Mentalnie i geograficznie. Bardziej mentalnie. Czyli z wnukami nad morzem. Pogoda trudna, pada deszcz i zimno. Tym bardziej istotna kwestia apetytów.
Jestem ojcem zupełnie sporej grupy dzieci, obecnie mocno dorosłych, stąd też mylne przekonanie (moje!), że coś wiem na temat tego co właściwie takie dzieci lubią jeść. Tyle tylko, że moje dzieci, urodzone tuż po Stanie Wojennym, to w zasadzie lubiły to co było w sklepie, a że w sklepie nic nie było, no to brały co było. Pamiętam, jak przed sklepem mięsnym na Krajewskiego (teraz jest tam „Notariusz”…) jadły zimne parówki. Parówki nie dotarły w ogóle do domu, bo dzieci je zjadły na ulicy. Dziś to by chyba ludzie po policję dzwonili. A wtedy po milicję obywatelską nikt nie zadzwonił. Zresztą nie było telefonów komórkowych, a w domu nie każdy miał…
A teraz jest tak, że:
Tytus jest ideowym wegetarianinem – w piątym roku życia przyszedł do rodziców i oznajmił, że jest przeciwny zabijaniu, więc nie będzie jadł żadnego mięsa i ryb. Trzyma się tego zdania już niemal sześć lat i jest bardzo konsekwentny. Co więcej ma także inne postanowienia – np. nie je Nutelli, choć lubi (lubiłby), bo „to szkodzi orangutanom”.
Heniuś, w dobrej wierze i chyba bez złośliwości, spytał „w jaki sposób nutella zjada orangutany??” Heniuś lubi dziwne komiksy więc pewnie wyobraził sobie wielkiego nutellowego potwora, który poluje na biedne małpki... A Leon, chyba jednak złośliwie, chciał się dowiedzieć, czy może jednak Tytusa kiełki przypadkiem nie zabijają goryli. A jeśli nie, to skąd właściwie Tytus wie, że nie? Leon przywiązuje wagę do wiedzy ścisłej i czyta dużo trudnych książek historycznych…
Leon i Henio jedzą kaszkę dla niemowląt. Jedzą ją od niemowlęctwa. Kaszka wygląda na niejadalną. Całkowicie. Moim zdaniem zresztą jest niejadalna po prostu. Jednak chłopcy są w stanie w niezwykłym tempie zmłócić po pełnym talerzu. Bez śladu obrzydzenia! Jest tu pewien problem – otóż proporcje między wodą i kaszką muszą być całkowicie idealne… Zna je tylko mama Henia i Leona. W przypadku zepsucia proporcji potrawa jest rzekomo do wyrzucenia.
No i poza tym inni by też chcieli kaszkę, zwłaszcza kiedy okazało się, że nie szkodzi ona orangutanom.. Ale my nie mamy tyle kaszki…
Antek je wszystko. Pozornie nie powinno to sprawiać problemu, ale Antek je dużo wszystkiego. Więc w pierwszych dniach ciągle czegoś brakowało. Trzeciego dnia skończyło się mleko w sklepie w Krokowej. Dziś sprawdzaliśmy – nadal nie ma. Ostatecznie to już nie sezon…
Bronek nie potrafi powiedzieć co je, a czego nie, dopóki tego nie zobaczy. Ale jak zobaczy i powie, że nie, to można go pokroić i nie zmieni zdania. Na przykład dziś okazało się, że frytki nie wchodzą w grę…Frytki!!! Frytki je nawet Tytus! Przypuszczam, że jedzą je nawet orangutany. Czy znacie kogoś kto nie lubi frytek? Bronek nie lubi. Nawet nie ruszy. Zjadłby wrapsa z topionym żółtym serem.
Leonowi i Heniowi robi się niedobrze od topionego żółtego sera. Czy znacie kogoś kto nie lubi topionego żółtego sera??? Nawet Tytus lubi topiony żółty ser. Nawet orangutany…
Zasadniczo wszystkie moje wnuki lubią lody. A to niespodzianka…
Ale przecież nie takie same lody! I oczywiście nie chodzi wcale o smak. Tylko o markę.
Bo Leon i Henio, ale też Antek, muszą mieć takie lody, które biorą udział w loterii po wpisaniu kodu z patyczka. A Tytus i Bronek w kody nie wierzą i kierują się smakiem. Nota bene każdy w inną stronę, ale to już inna sprawa.
Tu mam pytanie do producentów: kto do jasnej cholery pisze te kody na patyczkach? Czy osoba ta była kiedyś starym dziadkiem niedowidzącym, która w huraganowym wietrze i z piaskiem w oczach próbuje odróżnić „O” od „Q” lub „L” od „I” a potem jeszcze wpisać to w telefonie??? Proszę sobie spróbować.
A wpisanie to przecież nie koniec problemu. Bo przecież potem należy, co jakieś siedem minut, pytać (albo odpowiadać będąc Dziadkiem):
„Dziadku czy są już wyniki tego losowania?”
„A dlaczego jeszcze nie ma?”,
„A jak często są te losowania tak w ogóle?”,
„A co zrobimy z tym samochodem jak go wreszcie wygram?”,
„A który samochód będzie prowadziła babcia, a który ty?”,
„A czy ty naprawdę umiesz jeździć takim jeepem?”.
Przykładowy posiłek na naszej arce płynącej przez rwące po raz kolejny wody z rynny (tak mi się coś napisało, bo mamy tu werandę piękną jak podwodny okręt, chłopcy mówią „marynarka wojskowa” – nie wojenna tylko wojskowa i słusznie!) wygląda tak:
Tytus patrząc na Henia smarującego chleb, stół i siedzącego obok Leona nutellą:
„Kolejny orangutan ginie”.
Leon, choć usmarowany przez Henia, broni brata: „A ile goryli zginęło od twoich durnych kiełków?”.
Henio: „Dziadku, a jak nutella zabija orangutany?”
Bronek: „Babciu a ja to nie lubię grzanek!”.
Babcia: „Ale przecież nie ma na kolację grzanek?!”
Bronek: „Ale były na obiad. Do zupy były.”
Babcia: „No tak, ale przecież je zjadłeś!”
Bronek” „No właśnie, zjadłem je, a ja ich przecież nie lubię!!”
Babcia: „Nic nie mówiłeś..”
Bronek: „No bo zapomniałem..”
Antek: „A są jeszcze te grzanki? Bo jak Bronek nie lubi, to ja chętnie zjem”.
Bronek: „Moich nie zjesz. Bo już je zjadłem. Ale ja nie lubię grzanek”..
Borys (przypominam – to nie wnuk tylko pies, ale też kochany): Leży cicho pod stołem i czeka na cokolwiek.
Babcia: załamuje się z wolna.
Dziadek: robi kanapki z nutellą…
Musi się spieszyć, bo trzeba zaraz iść spać. Za kilka godzin przecież zaczynamy śniadanie…
tagi: kolacja wnuki
|
lukasz-swiecicki |
| 23 października 2025 22:33 |
Komentarze:
|
|
KOSSOBOR @lukasz-swiecicki |
| 24 października 2025 00:09 |
"Nie zaznał przygód, kto nie służył w marynarce /wojskowej/ i nie wyruszał na morskie harce!"
To oczywiście piosenka o wakacjach z licznymi wnukami.
Jedna mała Lilka nie lubi /więc i nie ruszy/ żółtego, topionego sera.
Wieczór, poganiam charcice, by szybko wrócić z parku do domu, gdyż ma przyjść mała Lilka, a ja postanowiłam zrobić jej niespodziankę na kolację i wymyśliłam racuszki z szarą renetą. Ogarniam psy, każdej charcicy daję po suszonej kurzej łapie i po kromce chleba /w XIX-towiecznym piśmie "Wieś i dwór" piszą, że charty - polskie - karmiono chlebem i baranimi nóżkami, więc usiłuję trzymać się tradycji, chociaż mam ruskie charty, a łapy kurze/. Charcice udają się na konsumpcję na kanapy do salonu, a ja rzucam się w gary. Gdy przychodzi Lilka, mam już cały duży talerz pysznych, złocistych racuszków, pachnących jabłkiem. Dom też pachnie, ale tak bardziej smażeniną..., a to wątpliwa atrakcja przed snem. No ale...Dumna stawiam na stole kolację i te racuszki /przecież dzieci uwielbiaja racuszki!/, a Lilka mówi:
- Babciu, nie jem racuszków z jabłkiem, jem tylko z bananami...
I Lilka w tym niejedzeniu jest absolutnie konsekwentna.
Zatem je jakieś parówki dla dzieci z paczki i pogryza papryką z importu, bo polska gnije na polach.
Cóż, bachory, jak powszechnie wiadomo, to zakała ludzkości ;)
|
Tobiasz11 @lukasz-swiecicki |
| 24 października 2025 09:44 |
Czekam wciąż na wnuki, po Pana wpisie tym bardziej nie mogę się doczekać.Serio.
|
lukasz-swiecicki @Tobiasz11 24 października 2025 09:44 |
| 24 października 2025 21:48 |
Tak, to był mój cel. Jestem z siebie zadowolony. Dzięki wielkie!
|
lukasz-swiecicki @KOSSOBOR 24 października 2025 00:09 |
| 24 października 2025 21:49 |
Tak, moje też są zadziwiająco konsekwentne. A zwłaszcza Bronek. Ten to z głodu umrze, a nie ruszy. Ostatnio mu się wydało, że nie lubi ogórkowej. To wszyscy jedli, a on grzecznie siedział i czekał aż skończą. Bo on nie lubi i tyle.