-

lukasz-swiecicki

O co chodzi z tym całym Ryniasem?

O co chodzi z tym całym Ryniasem?

 

Już po opublikowaniu felietonu o drogach dojścia do Ryniasu, zorientowałem się, że Czytelnicy mogą w ogóle nie wiedzieć o co mi właściwie chodzi. Rynias jest dla mnie sprawą tak oczywistą, że całkowicie niechcący zacząłem od razu od medias res czyli od samego środka, nie wprowadzając w ogóle tematu…

To jest, nawiasem mówiąc, pospolity błąd felietonistów, którzy żyją chwilą. Ja chyba zazwyczaj tego błędu nie popełniam, ale pewnie kiedyś musiało się zdarzyć.

Pora więc wyjaśnić , możliwie od początku, czym był Rynias w moim życiu. Ale też co właściwie miałem na myśli mówiąc, że każdy ma swój Rynias, bo jedna z Czytelniczek już do mnie napisała (nie w komentarzu tylko w mailu [email protected]), że ona to właśnie Ryniasu żadnego nie ma i w ogóle nie jest szczęśliwa.

Czyli tak od początku to nie jest Rynias żadnym szczęściem i to dla tego Ryniasu nie jest żadna ujma. Żadna inna miejscowość także szczęściem nie jest, choćbyśmy tam przeżywali nie wiadomo co. Jedynym miejscem, w którym jest nasze szczęście jesteśmy my sami (i oczywiście Bóg w relacji z nami). Nie ma co szukać szczęścia na Ryniasach i szkoda na to czasu.

Rynias mojej młodości był dla mnie wówczas, a teraz tym samym jest jego wspomnienie, miejscem gdzie w ogóle byłem w stanie szukać szczęścia, ponieważ był miejscem wolności.

Jak już wspomniałem, a nawet rozpisałem się na ten temat, kto wie czy nie za długo, na Rynias było bardzo trudno dotrzeć i w związku z tym prawie nikogo tam nie było.

Ale to dalece nie wszystko. Na Ryniasie nie było żadnych wygód. Zupełnie żadnych. Nie było światła. Nie było kanalizacji – tylko drewniane sławojki (tak się wówczas jeszcze obowiązkowo mówiło „na cześć” premiera Sławoja-Składkowskiego), z pewnością nie pierwszej świeżości. Woda do mycia i picia była jedynie w górskim strumieniu. Bardzo czysta, ale bardzo chłodna. Nie było zwyczaju, żeby ją podgrzewać.

Dziś najtrudniej sobie wyobrazić to, co akurat wówczas było najbardziej oczywiste. Wchodząc na Rynias przerywało się (bo wcale nie chcę powiedzieć „traciło”) wszelki kontakt z informacją o Świecie. Absolutnie wszelki. Na Ryniasie nie było rzecz jasna telewizji, ale nie było także radia (dopiero po wielu latach pierwsze odbiorniki tranzystorowe, ale w zasadzie niemal bez możliwości usłyszenia czegokolwiek ze względu na góry). Nie było żadnych gazet. Oczywiście nie było telefonu. Czy mam pisać, że nie było internetu?? Tak! Wi-fi zupełnie nie działało!!

Podczas pobytu na Ryniasie Świat mógłby się skończyć, a my byśmy się o tym dowiedzieli dopiero od Archanioła, gdyby przypomniał sobie wreszcie, że jeszcze do nas nie zaglądał.

Oczywiście ktoś może powiedzieć: ależ to piękna perspektywa!!

Naprawdę tak myślisz drogi Ktosiu?? A kto ci zabrania odłączyć się od wszelkich źródeł informacji? Możesz to zrobić jednym paluszkiem, ale przecież wcale nie chcesz! Ja na przykład nie chcę. Albo nawet i chcesz, ale nie możesz..

W tym roku strasznie się męczyłem w Wielki Piątek starając się przerwać więzy. I nie udało mi się, nie będę oszukiwał, wyłożyłem się na radiu jak małe dziecko…

Był więc Rynias zawieszony w bańce wypełnionej próżnią niemal absolutną.

Tak sobie myślę – a czemu nam to akurat było tak potrzebne? Mam na myśli nas, dzieci z centrum Warszawy. Kiedy pierwszy raz byłem na Ryniasie (miałem wówczas nieco ponad rok) od Powstania Warszawskiego minęło około 17-18 lat… Warszawa była jeszcze nadal morzem gruzów. Co tam gruzów – była przecież wielkim cmentarzem… Dalej jest, tylko teraz już o tym nie myślimy..

I o tym się nie mówiło ani słowa. Ani jednego słowa. To nie był temat. Ale czy jest możliwe, że nie rozumieliśmy wyrazu twarzy naszych rodziców, naszych najbliższych krewnych? Czy nie widzieliśmy smutku, a wręcz rozpaczy w ich oczach? To nie jest możliwe.

My wszyscy, dorośli i dzieci, byliśmy w stanie wielkiej traumy. Dla nas, dzieci, była ona całkowicie niewypowiedziana, ale wcale przez to nie mniejsza. Przy wieczornym ognisku dorośli śpiewali wojenne, akowskie, piosenki, ale nie odpowiadali na pytania. A myśmy też i nie bardzo pytali, bo jakoś się czuło, że lepiej nie, bardzo się to czuło…

Myślę, że ten ból to była jedna z ważniejszych rzeczy, którą w nas leczył Rynias. Szumem drzew, szumem Białki, niezwykłym natężeniem wolności.

Mój brat Wojtek, młodszy ode mnie o rok i uboższy o ten jeden pobyt na Ryniasie, kiedy byłem tam sam (oczywiście chwaliłem się tym potem przez następne 15 lat…) napisał w komentarzu „były tam tylko dzieci, nie pamiętam dorosłych. Poza wujkiem Jurkiem”.

Prawda i nieprawda. To opinia krzywdząca dla cioci Bronki, Elżbietki i Manieli, a może najmniej dla stryja Gontka, bo on w zasadzie był jeszcze dzieciakiem jak my, a potem zginął i już go nie było wcale. Gdyby nie ciotki umarlibyśmy zapewne z głodu. Była też oczywiście Babcia Hania, ale ona rzeczywiście nigdy nie była specjalnie dorosła… No i wujek Krzyś, ale on akurat czytał sobie nad Białką, tak jakby niekoniecznie obecny.

Faktem jest, że my na Ryniasie tych dorosłych niemal nie widzieliśmy, a oni wszystko robili, żeby się to nie zmieniło.

Wychodziliśmy z domu…

Chwileczkę. Myśmy tam nie mieszkali przecież w żadnym domu! Na Ryniasie mieszkało się w Szałasie. Takie to dla mnie oczywiste, że zapomniałem napisać.

Szałas to była taka prastara drewniana stodoła. W jednej części stały drewniane ławy, takie najprostsze, własnej roboty, wycięte z kłód świerkowych, które zamiast nóg miały po prostu ociosane gałęzie.. Obok ław – gliniany piec z kamieni, krzywy, pokryty poczerniałą, pogiętą blachą. Po drugiej stroni było po prostu siano. Góra siana. W sianie trzeba było sobie wykopać dziurę, wsadzić w nią stary, zniszczony do granic śpiwór i już. I tyle. To był nasz dom ryniasowy. Szałas należał do gazdy Nowobilskiego, który za mieszkanie tam nie brał od nas pieniędzy, bo nie widział takiego powodu.

Gazda dawał nam też mleko. Za darmo, bo jak mawiał, on tez krowom nie płacił. Nie kojarzy się z prorokiem Izajaszem („kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko!” Iż 55)?

Wina nie było co prawda. Nie mam świadomości, żeby ktoś na Ryniasie pił alkohol.

A więc po śniadaniu – które składało się niezmiennie ze starego jak świat chleba (chleb w Jurgowie kupowaliśmy raz w tygodniu, jak był…), twarogu (zrobionego z tego mleka co było za darmo) i jagód, cośmy ich sobie nazbierali. Czasem też był dżem. I poziomki – jak były. Czasem jajko, bo były tam jakieś nędzne kurki u Michalików.

Nigdy nie skończę. Po śniadaniu szliśmy do lasu. Sami. Nie wiem ile mieliśmy lat. Na pewno od 6-7 roku życia już zawsze sami. Gdzie chcieliśmy, na ile czasu chcieliśmy. Blisko lub daleko, nad Białkę, na Mały Rynias, a może i nawet na Kiczorę, albo i na samą Łysą Polanę! Paść krowy z Janką i Marysią, grabić siano z gazdą Jaśkiem, zbierać jagody. Ktoś miał zawsze zapałki, woreczek z ziemniakami i sól. Więc nie groził nam głód. Trzeba było tylko umieć rozpalić ognisko, a to nam wychodziło wprost super. Potem ziemniaki w popiół i już.

Nikt nie pytał gdzie jesteśmy, nikt nas w tym lesie nie szukał, nikt nam nie mówił co mamy robić. Chyba, że był jakiś obowiązek – pójść do sklepu do Bukowiny, zbierać szyszki do pieca, zebrać kilka litrów jagód na obiad i kolację. To tak. To do nas należało i robiliśmy to, bez wielkiej przyjemności, ale w poczuciu obowiązku.

Ale poza tym byliśmy tak niesamowicie wolni, że trudno to sobie w ogóle wyobrazić. I oczywiście mogliśmy sobie utonąć w tej cholernej Białce (a da się!), zabić się spadając z drzewa lub skałki, zgubić, posikać czy co tam jeszcze. No, ale nie robiliśmy tego.

Zamiast tego robiliśmy się lepsi. Tym był dla nas Rynias.

 



tagi: wolność  rynias 

lukasz-swiecicki
17 kwietnia 2023 14:57
15     1205    10 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

chlor @lukasz-swiecicki
17 kwietnia 2023 17:01

Może ta wolność dlatego była świadoma, że była krótkim epizodem na tle pozostałej cześci roku spędzanej w mieście. Dzieci żyjące stale na wsi mogły wcale nie wiedzieć że żyją na wolności.

W moim dzieciństwie (lata 60) po szkole chodziliśmy gdzie nam się podobało, czyli zwiedzaliśmy ruiny katedry albo zamku (co było surowo zabronione), łaziliśmy po lesie (dzielnica była na skraju miasta), po pastwisku czy po poligonie. To było normalne i codzienne, więc żadna tam szczególna wolność.

 

 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @chlor 17 kwietnia 2023 19:01
17 kwietnia 2023 17:54

Może trochę, choć chyba nie do końca. W latach 60 tych w ogóle dzieci chodziły gdzie chciały, a jednak na Rynisasie to było inaczej. Była bardzo intensywna przyroda i bardzo duża cisza. Rynias jest do dziś niezwykle pięknym miejscem. To jest taka bardzo pochylona polana schodząca do Białki, a cały horyzont to tylko wysokie góry. Jak na pocztówce. Łąka, las, góry, rzeka. Nic więcej. Oglądam teraz bardzo dobry serial Yellowstone, ktory dzieje się w górach Montany. Tam jest w zasadzie tak samo jak na Ryniasie..

zaloguj się by móc komentować

chlor @lukasz-swiecicki 17 kwietnia 2023 19:54
17 kwietnia 2023 18:20

Rzeczywiście w Tatrach jest jakoś inaczej. Nie lubię gór, ale na przełomie podstawówki i szkoły średniej co rok sierpień spędzaliśmy właśnie tam. Pamiętam, że raz po długim wejsciu na jakaś polanę widok tak mnie zatkał, że wydałem z siebie wrzask zawierający słowo nieprzyzwoite.

 

 

zaloguj się by móc komentować

atelin @chlor 17 kwietnia 2023 20:20
17 kwietnia 2023 19:25

Pan chyba Mnicha zobaczył...

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @lukasz-swiecicki
17 kwietnia 2023 19:46

W latach 60 tych w ogóle dzieci chodziły gdzie chciały...

Oj tak było, dziś sam wątpię czy to nie sen.

 

Ad. "sławojka"

Co tam daleko szukać. Dla frankofonów poubelle - śmietnik, od Eugene Poubelle'a.

zaloguj się by móc komentować

Zdzislaw @chlor 17 kwietnia 2023 19:01
18 kwietnia 2023 05:36

"Dzieci żyjące stale na wsi mogły wcale nie wiedzieć że żyją na wolności"

Nie da się porównać sytuacji dzieci wiejskich z owych czasów z wolnością "miastowych" na wsi w realiach wakacyjnych. Te pierwsze zwykle nie zaznawały zbyt wiele tej wolności, bo od najwcześniejszych lat życia były angażowane do pomocy w gospodarstwie, najczęściej jedynym źródle utrzymania rodziny i dodatkowo mocno obciążonym "pańszczyzną" na rzecz "ludowego", "robotniczo-chłopskiego" "państwa" (obowiązkowe dostawy płodów rolnych z dość długiej listy w latach 50-tych, sukcesywnie skracanej aż do "zera" dopiero w latach 70-tych, oprócz tego obowiązkowy bezpłatny udzial w "robotach publicznych", tzw. szarwarkach - wynalazek pewnie niemiecki). A "okazji" do prac nie przekraczajacych, lub nieznacznie tylko przewyższających, sił dziecka było dostatecznie dużo. Tak dużo, że czasu na odrabianie lekcji często brakowało, a zdarzały się też nierzadko absencje na lekcjach, jakoś tam zwykle "usprawiedliwiane" dla porządku w papierach. I nie było to przysłowiowe pasanie gęsi, czy nawet krów, ale bardzo długa lista prac polowych i gospodarskich, nierzadko dość niebezpiecznych.

zaloguj się by móc komentować

ewa-rembikowska @Zdzislaw 18 kwietnia 2023 07:36
18 kwietnia 2023 05:55

Dokładnie tak, miałam w latach  ręku wyniki badań przeprowadzonych na początku lat siedemdziesiątych a dotyczących obciążenia dzieci ze szkoły podstawowej pracą w gospodarstwie rolnym. Ponad 50 procent badanych pomagało codziennie przez około 7 godzin.

zaloguj się by móc komentować

Zdzislaw @lukasz-swiecicki
18 kwietnia 2023 06:41

Jeszcze drobne, choć niezmiernie istotne uzupełnienie potrzebne jest dla zrozumienia sytuacji chłopów "pańszczyźnianych" w PRL z lat 1945-75. Otóż zło nie wynikało bynajmniej z samej obowiązkowości rzeczonych dostaw, lecz z CEN. były to ceny urzędowe, bardzo odlegle od cen rynkowych. Znany mi przypadek z roku 1957/58 ceny żyta konsumpcyjnego to czterokorotnie niższa od rynkowej "urzędowa" cena tego "towaru". Wcale nie jestem pewien, czy był to wyjątek, a nawet, czy najbardziej drastyczny przypadek.

Ale nie można też zapomnieć o drugiej stronie tego "ludowego" "medalu". W latach 60-tych mogłem osobiście obserwować - z perspektywy targowiska miejskiego w "gdańsku", później (gdy skończyłem lat 18), także we "wrzeszczu"  - sytuację miejskich emerytów "starego" portfela, które to zjawisko w tym czasie zaczęło być bardzo powszechne i głośne. Ludzie ci byli przymuszeni "polować" na "wyprzedaże" zwiędniętych i "przebranych" warzyw, które sprzedawcy (ja także) w późniejszych godzinach chętnie sprzedawali po znacznie niższych cenach.

zaloguj się by móc komentować

kr @lukasz-swiecicki
18 kwietnia 2023 06:55

Oj, pasanie gęsi, to ciężka praca.

A dzieci miastowe przyjeżdżały i przyciągały uwagę pomarańczami, bananami, kursami języka angielskiego itp. 

zaloguj się by móc komentować

Zdzislaw @kr 18 kwietnia 2023 08:55
18 kwietnia 2023 07:15

Zabieranie glosu w tematach, gdzie ma się niewiele , nic zgoła, do powiedzenia, nie jest najlepszym popisem przed publicznością

zaloguj się by móc komentować

kr @lukasz-swiecicki
18 kwietnia 2023 07:26

Bardzo proszę o usunięcie moich komentarzy. Rzeczywiście, nie są zbyt mądre, po co mają się tu plątać.

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @lukasz-swiecicki
18 kwietnia 2023 15:23

Ładna opowieść o tym Ryniasie. W zasadzie rozważania metafizyczne :) Zatem kliknęłam na Rynias i grafikę, żeby podzielić Pański zachwyt z czasów dzieciństwa, a tam... wszędzie aktor Michał Żebrowski /dom postawił na Ryniasie/ wdzięczący się do fotografii... Tempora mutantur...

 

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @KOSSOBOR 18 kwietnia 2023 17:23
18 kwietnia 2023 21:27

Skorzystał i nawet się nie obejrzał,

lub poczekał dwa dni.

 

 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @KOSSOBOR 18 kwietnia 2023 17:23
19 kwietnia 2023 06:44

No tak. Popsuł trochę Rynias. Był małym dzieckiem wtedy kiedy razem jeździliśmy na Rynias, nieznośnym i rozkapryszonym, i takim chyba jest dorosłym..

zaloguj się by móc komentować

KOSSOBOR @lukasz-swiecicki 19 kwietnia 2023 08:44
19 kwietnia 2023 17:51

Ocenił Pan aktora w sumie uprzejmie i fachowo, prawie po ojcowsku, a dla mnie, profana, to kwestia pawi i pawianów. A, o ile pomnę, jego profesorowie widzieli w Ż. aktora pokoleniowego - taką mieli nadzieję. Ale dość krótko...

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować