Nie lubię chodzić do kina. Ale..
Nie lubię chodzić do kina, ale… Robię wyjątki.
Być może to jest związane ze starością. Może być. Taki stary człowiek to zaczyna marudzić. I nic mu się nie podoba. To i nie lubi niczego.
Ale może to też nie być związane z wiekiem, bo ja tak naprawdę od dawna tak miałem, że różnych rzeczy nie lubiłem, a tak szczerze to nawet większości rzeczy…Może zresztą wszyscy tak mają, tylko jakoś o tym nie mówią?
Tak czy owak nie lubię obecnie chodzić do kina i tego akurat nielubienia kiedyś na pewno nie miałem. Obawiam się zresztą, że w tym przypadku wyjaśnienie jest proste. Od czas wypadku samochodowo-rowerowemu (nie ja siedziałem w samochodzie..), któremu uległem 10 lat temu, nie jestem w stanie długo wysiedzieć w miejscu, które nie jest bardzo, ale to bardzo wygodne. To znaczy, że ponad godzina na jednym fotelu to dla mnie prawie niemożliwe do osiągnięcia. A filmy robią coraz dłuższe (o dziwo w tych skrótowych czasach!).
Fotele w kinach niby są dość wygodne, ale często mam wrażenie, że projektowane są w oparciu o jakąś teorię, świetną, ale bardzo inną od mojej praktyki….
Może to zresztą marudzenia zgorzkniałego staruszka.
Bo tym razem było całkiem inaczej. Żona, bo któż by inny, namówiła mnie na film „Państwo Rose” w reżyserii Jaya Roacha. W rolach głównych Olivia Colman i Benedict Cumberbatch. Zwykle nie chce mi się nawet zapamiętywać kto tam w jakiej roli. Ale tym razem naprawdę warto. Wcale nie dlatego, że p. Olivia jest tłustawa, a p. Cumberbath ma malutkie oczka…
Recenzje filmu w internecie są dobre lub bardzo dobre. Tylko moim zdaniem chwalą nie za to, za co powinni. A za to nie widzą czegoś, co w tym filmie jest absolutnie najważniejsze.
Jasne, że film jest bardzo śmieszny. Nazywa się czarną komedią (to nawet nie wiem czy taką bardzo czarną jest) i rzeczywiście - to jest śmieszne. Nie uśmiałem się tak w kinie od czasów „Rybki zwanej Wandą” to z pewnością. Humor w „Rybce” był co prawda zupełnie innego rodzaju i choć śmieszny to jednak mocno niewyszukany. Pamiętam swoją drogą, że mój kuzyn tak się śmiał na „Rybce”, że nie mógł przestać nawet wtedy, kiedy się zorientował, że z parkingu przed kinem skradli mu samochód. A to były czasy takie, że trudno było sobie nawet wyobrazić gorszą tragedię niż kradzież samochodu. To było gorsze od śmierci.
Ale śmieszność, choć niewątpliwie jest zaletą (a zwłaszcza w komedii, bo na przykład w polityce ciut mniejszą jak się wydaje..), na pewno nie jest w filmie „Państwo Rose” rzeczą najważniejszą.
Druga rzecz za którą ten film chwalą, o ile dobrze rozumiem, byłaby może ważniejsza, gdyby tam w ogóle była. Ale akurat jej nie ma.
Otóż według czytanych przeze mnie recenzentów to jest film o tym, jak z niepielęgnowanej miłości robi się nienawiść. To jest ciekawe zagadnienie. Tylko że ten film o tym nie jest.
Od początku jesteśmy przekonani, że państwo Rose pokochali się od pierwszego wejrzenia. Naprawdę zajęło im to kilka sekund. I wierzymy w to. Ja przynajmniej uwierzyłem. To było świetnie zagrane. Naprawdę świetnie. Bo byli zakochani, a nie przestali być ironiczni. Bo tacy właśnie byli ci państwo Rose.
Tyle tylko, że oni później nie przestali się kochać i być w sobie zakochani. Choćby świetna wizyta u psychoterapeutki wyraźnie na to wskazuje. Przecież to niby ma być czas, kiedy nie mogą już na siebie patrzeć, ale tak naprawdę robią sobie po prostu jaja z głupiej terapii. Żartują i flirtują ze sobą. Zwracają się do partnera, nie do terapeutki, która wyraźnie nic z tego nie rozumie („Wolno wam tak mówić? To chyba bardzo nieprofesjonalne. Liczę na darmowy parking” - mówi pan Rose).
I państwo Rose kochają się do samego końca. Dokuczają sobie, to jasne, ale przecież robią tak jedynie dlatego, że żyć bez siebie nie mogą. „Oczywiście, że cię kocham, ale to jest tak trudno wyrazić” - tak mniej więcej mówi pan Rose (odtwarzam wyłącznie z pamięci, ale utrwaliło mi się całkiem nieźle!) w jednej z końcowych scen.
Tak naprawdę „Państwo Rose” to nie jest w ogóle komedia (co z tego, że jest bardzo śmieszna, moje życie jest bardzo często śmieszne, a komedią bym go nie nazwał!), i to nie jest bynajmniej film o tym, że niepielęgnowana miłość przechodzi w nienawiść.
Mam zresztą poważne wątpliwości, czy w ogóle jest coś takiego jak „miłość niepielęgnowana”. Prawdziwa miłość pielęgnuje się sama. Nie da się jej zaniedbać, Tak jak nie da się zaniedbać oddychania. Możecie sobie spróbować (z oddychaniem rzecz jasna), to od razu (po jakichś 30 sekundach na pewno) zorientujecie się co mam na myśli. Udusił się bo nie dbał o oddychanie… Na pewno??
Tak, to jest po prostu film o miłości. Jasne, że pokazanej tylko w szkicowo nakreślonym kostiumie (jak plan domu, rysowany przez pana Rose na plecach żony - urocza scena!), ale przecież o to właśnie tu chodzi. To jest film bardzo prawdziwy, nie dlatego, że jest reportażem, tylko dlatego, że w żadnym stopniu nim nie jest!!
Jeśli więc chcecie zobaczyć jak trudno jest kochać i czym jest miłość bez przynudzania (bo jak nie przynudzamy to musi być śmiesznie) - to koniecznie i jak najszybciej idźcie na ten film. I nie czytajcie recenzji. Moja Wam wystarczy.
Do tego akurat jest prawdziwa!
tagi: recenzja państwo rose
|
lukasz-swiecicki |
| 7 września 2025 18:46 |
Komentarze:
|
|
atelin @lukasz-swiecicki |
| 8 września 2025 09:29 |
Nie lubię chodzić do kina. Trochę to brutalnie zabrzmi z powodu słownictwa, ale jak miałem jakieś 5-6 lat, a może nawet 4, starzy zabrali mnie na "Krzyżaków". Po pierwsze więc: nic nie rozumiałem, a po drugie: już na samym początku scen bitewnych się porzygałem z powodu migających szybko obrazków.
To już się nigdy później nie powtórzyło, ale nadal przeszkadza mi głośność. W bardzo rzadkich przypadkach się decyduję na kino tylko z powodów dźwiękowych niedostępnych u mnie w domu.