-

lukasz-swiecicki

Książki niepotrzebne...

Książki niepotrzebne

 

Mam w domu jakieś 4 tysiące książek. Może zresztą 5 tysięcy. Oczywiście nigdy ich nie liczyłem, ale czasem jest jakiś remont, trzeba ściany malować, albo i regał się zawali (tfu, tfu odpukać!) i wtedy jak się zacznie te książki ładować do pudeł, to okazuje się, że tym pudłom nie ma końca. Czterdzieści, pięćdziesiąt - może być za mało. I to są takie straszne góry, że aż w głowie się nie mieści.

Oczywiście całkiem często pytają mnie pacjenci czy wszystkie te książki przeczytałem. To nie jest pytanie głupie. Rozumiem je tak, że pytający zastanawia się czy ja te książki mam, bo chcę je mieć, czy też tylko ktoś mi je dał i nie wiem co z nimi zrobić. Albo uznałem, że dobrze wytłumiają ścianę…

Otóż prawda jest taka, że znaczną większość tych książek kupiłem, będąc, w mojej opinii, zdrowy na ciele i duszy. Na ten temat zdania są podzielone. Dokładnie na pół podzielone. Moja Żona jest zdania, że przy kupnie części tych książek byłem w stanie „kwestionowalnego zdrowia”. Trzeba przyznać, że jedną z wielu ogromny zalet Anity jest delikatność i gorzej mi już nie powie.

Czasem nawet mam takie chwile refleksji, iż wydaje mi się, że Żona może mieć rację. Na przykład pamiętam, że kiedyś spojrzała na mnie przeciągle kiedy nabyłem książkę „1000 lat wkurzania Francuzów” Stephena Clarke’a i powiedziała z proroczym wyrazem twarzy

  • Nigdy nawet do tego nie zajrzysz!

I przez kilka lat sądziłem, że miała rację i odczuwałem wyrzuty. Sumienia. Ale potem przeczytałem tę książkę i całkiem mi się podobała. Pewnie jako podręcznik historii jest nieco wątpliwa, ale dobrze się czyta i dostarcza pewnego rodzaju informacji. Więc jednak Anita nie miała racji!!

Ale wracając do zagadnienia pt. Czy pan te książki wszystkie czytał? Odpowiedź brzmi tak, że wszystkich nie czytałem. Czytałem na pewno większość z nich. A wiele czeka na przeczytanie i ku swemu (tych książek), a nawet i mojemu (czytelnika) zdumieniu - zostaną cholery kiedyś przeczytane i to zapewne z uwagą.

Trudniejsze pytanie brzmi jednak - czy pan (to znaczy ja) cokolwiek z tych książek pamięta. I tu już odpowiedz musi być ostrożniejsza. Ja, na przykład ja, bo na sobie się znam, napisałem pewnie z tysiąc felietonów i innych tego typu tekstów. Nie pamiętam prawie żadnego!!! Czy to coś zmienia? Nie wydaje mi się. Nie pamiętam niczego ze studiów, nie pamiętam prawie nic z ogólniaka, no może jakieś urywki ze szkoły podstawowej. Ale to nie oznacza, że mam otępienie. Ja po prostu stoję na ramionach olbrzymów, których przedtem musiałem sobie wybudować, żeby potem na nich stanąć i zacząć budować nowych. To jest wystarczające usprawiedliwienie dla ciągłego czytania.

Tak, przyznaję, mam zwyczaj czytać po pięć książek na raz. Czytam w toalecie, w łóżku, przy jedzeniu (ale tylko wtedy kiedy jem sam!, tego przestrzegam absolutnie!), czytam w autobusie i w samochodzie (ale w samochodzie tylko na światłach i to zazwyczaj na czerwonych). Jak ja mam to niby spamiętać??

Poza tym, przyznaję to bez odrobiny wstydu, czytam mnóstwo literatury bezwartościowej. W zasadzie stuprocentowego chłamu!! Przeczytałem prawdopodobnie wszystkie wydane w Polsce książki Lee Childa. Tak, właśnie tego ojca majora Jacka Reachera. Co więcej - wszystkie te książki przechowuję na półce z pietyzmem. I nie pozwalam na ich wyrzucenie. Nie będę twierdził, że Lee Child jest wspaniałym pisarzem głównego nurtu, ani że Jack Reacher jest do bólu prawdziwy. Nie. To są po prostu historyjki. Ale jest w nich coś czego potrzebuję, coś co mnie czegoś uczy i pokazuje mi jakiś kierunek. Ja nie czytam tego wyłącznie dla zabawy, bo czytanie dla zabawy mnie nudzi. Jest całe mnóstwo tego typu pisarzy, choćby Remigiusz Mróz, i jakoś ich nie czytam wcale, nie mam ochoty ich czytać i nie poświęcam im półki. Co wcale nie znaczy, że dla kogoś Mróz nie może być tym, kim Child jest dla mnie. Z pewnością może i wydaje się, że jest. Skoro go (Mroza) tak ochoczo kupują.

Ale w zasadzie ten felieton piszę nie w hołdzie Lee Childowi (choć według mnie należy się, tak samo zresztą jak Stephenowi Kingowi, którego bardzo, bardzo lubię - oczywiście nie horrory!, horrorów nie cierpię i nie czytam). Piszę z powodu tzw. mądrej książki, która wpadła mi w ręce dość przypadkiem i której akurat wcale sobie nie kupiłem.

Książkę Johna Lennoxa „Czy nauka pogrzebała Boga?” dostałem od nieznanego mi całkiem pana mniej więcej w moim wieku, z którym odbyłem kiedyś bardzo interesującą dyskusję nad brzegiem jeziora Śniardwy, na plaży w Niedźwiedzim Rogu. Potem się zresztą okazało, że pan jest ojcem przyjaciół mojej córki, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Po prostu nieznany facet coś do mnie zagadał, ja odpowiedziałem i dalej już poszło. W jakimś momencie nieznajomy powiedział: Jest parę ciekawych książek na ten temat, zaraz po nie skoczę! A że tuż obok mieszkał, więc skoczył. Początkowo myślałem, że chce tylko pokazać, ale okazało się, że postanowił zrobić mi prezent.

Było to nieoczekiwane i niecodzienne, ale tym bardziej miłe. Odłożyłem jednak książki na półkę nie zaglądając do nich i poszedłem sobie czytać mój własny wybór.

Po jakichś 6 latach szukałem czegoś na półce i Lennox wpadł mi w ręce. Dziś kończę go czytać i chcę Wam go bardzo polecić.

To nie jest łatwa lektura, ale bardzo warto. Autor jest profesorem matematyki z Oxfordu i bynajmniej nie napisał żadnej książki agitującej na rzecz Boga. Lennox jest teistą, Bóg jest dla niego ważny, ale w tej książce wspiął się naprawdę na wyżyny symetryzmu. A wiem co mówię, jako mąż największej znanej mi symetrystki, która musi zawsze wysłuchać wszystkich argumentów i tym bardziej dopuszcza do głosu im bardziej się na coś nie zgadza.

Nawiasem mówiąc - nie mam pojęcia dlaczego Polacy jeszcze nie wybrali mojej Żony na prezydenta (bo jednak nie na prezydentkę…), a mnie na Pierwszego Dama. Chyba tylko dlatego, że Anita nie kandydowała. Bo inaczej musiałbym Was podejrzewać o…. nieroztropność…

Ale wracając do Lennoxa - przeczytajcie i przekonacie się.

Jestem człowiekiem wierzącym, jestem człowiekiem bardzo wierzącym, to znaczy, że wiara jest w moim życiu po prostu najważniejsza i stanowi o tym, jaki jestem. Ale nawet z takim nastawieniem, entuzjasty żarliwego, i tak zdołał mnie Lennox jeszcze trochę nawrócić!!! Bo oczywiście każdego można nawrócić.

Ponieważ i Wy wszyscy możecie to zrobić - przeczytajcie Lennoxa i zastanówcie się nad jego matematycznymi argumentami. Mi się wydawało, że ja takich argumentów absolutnie nie potrzebuję..

A przecież.

I pamiętajcie przyjmować książki od nieznajomych. To często mogą być Anioły.



tagi: książki  bóg 

lukasz-swiecicki
13 września 2025 22:21
1     458    1 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

stanislaw-orda @lukasz-swiecicki
14 września 2025 12:45

komentarz taki bardziej osobisty.

Takze mam sporo ksiązek w domowej bibliotece. Oczywiscie, pod tym okresleniem rozumiemy produkt nabyty w księgrani, mający okładki, numer ISBN (jeśli jest to edycja w jęz. polskim) oraz podobne cechy. Takich uzbierałem przez lata pewnie w granicach 2,5 tysiąca. Kilkaset tytułow oddałem do bibliotek, w tym polskich na Litwie. Ale obok tego jest jeszcze mnóstwo przedruków, ściągniętych jako skany albo pliki wordowskie, z publikacji dostępnych w formie zdigitalizowanej, wcale nierzadko obcojęzycznych.

Wracam do Johna Carsona Lennoxa. Warto chyba dodać, iż omawiany tytuł (który także posiadam od kilku lat, bo przypomnę, iz  moim głównym hobby "intelektualnym" jest astrofizyka) ukazałem sie w wydawnictwie o nazwie "W drodze", ktora to oficyna jest składowa organizacyjna Polskiej Prowincji Dominikanów.

Książka stricte popularnonaukowa, dla osób nie interesujących się zbytnio astronomią, nie wspominając o kosmologii, zawierająca  sporo enigmatycznych terminów i nazwisk.

Dodam jeszcze, że wg mojej obserwacji rynku wydawniczego o podobnej tematyce, autorzy, którzy interpretuja Universum w kategoriach antropologii i gfilozofii chrześcijanskiej sa gdzies upychani do niszy i nie "nagłaśniani". Główny nurt popularyzacyjny to ateizujący i wojujący bezbożnicy w rodzaju Dawkinsa (Richard) , Kraussa (Lawrence),  Singera (Peter), Atkinsa (Petera) i wielu innych.

Odmiennie ma się sprawa z autorami w rodzaju J.C. Lennoxa. Ich takze jest wcale niemało, ale "nie widać" ich we polityce wydawniczej polskich edytorów. Dobrym (wg mojej opinii) przykładem jest John Andrew Leslie, kanadyjski filozof, znany z publikacji dotyczacy zagadnienia tzw. "delikatnego dostrojenia", czyli zaistnienia wszechświata , który posiada właściwosci umożliwiajace powstanie i rozwój życia biologicznego.  Znany ale nie w przekładach na polski.

Jeszcze inny autor to Owen Jay Gingerich, którego tytuł "Boski wszechświat" (z przedmową x. Michała Hellera)
polecam, bo jest mniej "matematyczny" niz książka Lennoxa.. A z polskich autorów zapewne prof. Zbigniew Maria Jacyna-Onyszkiewicz.

 Na swoim blogu wspomniałem dawno temu o Alvienie Plantinga, ale jego publikacje raz że mało dostepne , a dwa mozna je  dedykować tylko dla bardziej zaawansowanych:
https://stanislaw-orda.szkolanawigatorow.pl/nielekko-byc-ateista-ale-i-przeciwnie-wcale-nie-lzej

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować