-

lukasz-swiecicki

Dziadek odbiera Józia ze Szperaków

Dziadek odbiera Józka ze Szperaków

 

Czasem jest po prostu tak, że chodzimy do przedszkola. Normalna droga edukacyjna. Ale może się tak zdarzyć, że w ogóle nie chodzimy „do” tylko „na” i wtedy jest taka możliwość, że chodzimy na Szperaki. Szperaki są przy ulicy Freta w Warszawie, ale to nie ma takiego dużego znaczenia gdzie jest ich dom, bo Szperaki i tak nie siedzą w domu, tylko w dość zdziczałym ogrodzie. I wolno się bawić w błocie. Nawet należy, o ile ja, jako przestarzały Dziadek, to rozumiem.

I oczywiście może się tak złożyć, że nie dosyć, że chodzimy „na”, a nie do, to jeszcze przyjdzie nas odebrać na przykład Dziadek, a nie na przykład Babcia. No, a Dziadek może być zagapiony, niedoinformowany i wręcz zamyślony.

Dziś był taki przypadek. Przyszedł po Józia Dziadek i się zamyślił. Akurat myślał o rozdziałach do podręcznika o elektrowstrząsach, czyli nic ważnego, ale to wiadomo z takim starcem, że myśl mu gdzieś tam ucieka.

Najpierw to przyszedł za wcześnie. Bo myślał, że znajdzie miejsce do zaparkowania. Wiadomo, że na Starym Mieście to się nie da zaparkować. Ale jak na złość się dało. Całkiem daleko od Szperaków, ale i tak za blisko, bo Dziadek przyszedł za wcześnie. Szperaki nie zaśpiewały jeszcze swojego hymnu (tego, w którym się śpiewa „bum tarara bum tarara”), więc wysłali Dziadka na taras. Tam nie dość, że się zamyślił, to jeszcze prawdopodobnie zaczął drzemać. Ale potem go zawołali.

Przyszedł Dziadek, wziął Józia za rękę, pożegnali się grzecznie i wychodzą. Idą do samochodu. Po drodze Józio grzecznie pyta

— A plecak nie będzie nam potrzebny?

— Nie, mamy samochód - mówi Dziadek. Beznadziejny przypadek. Po krótkim przemyśleniu Dziadek jednak pyta

— A jaki plecak? - też pytanie, swoją drogą.

— No mój - mówi Józio.

— A, nie, to by się przydał.

Wracamy po plecak. Pożegnaliśmy się. Wychodzimy. Przy wyjściu spotykamy Panią Wychowawczynię.

— Gdyby chciał pan Józia przebrać, to w piwnicy jest takie pudło z jego ubraniami.

— A po co miałbym go przebierać? - Dziadkowi nasila się Alzheimer.

— No nie wiem - mówi Pani spokojnie - może pan nie lubić jak dziecko bardzo mokre…

Dotykam Józia. Faktycznie. Od góry jest mokry.

— Józiu, jesteś mokry?? - świetne pytanie.

— No - mówi Józio (ale to nie znaczy „noł” tylko „no” po prostu).

Wracamy, znajdujemy pudło. W pudle jest tylko bluza polarowa. Troszkę za ciepła, ale przynajmniej sucha. Zabieram mokrą bluzę i koszulkę pod pachę. Józia w polar i wychodzimy. Pożegnaliśmy się. Pani uśmiecha się z lekkim politowaniem.

— Muszę tą bluzę do góry trochę podnieść - mówi na ulicy Józio.

— A czemu? - mistrz dobrych pytań po prostu.

— No bo mi od spodni zamoknie…

— Bo masz mokre spodnie? - domyślność Dziadka ulega powoli poprawie.

— No - mówi Józek.

Wracamy, znajdujemy nasze pudło. Spodni w nim nie ma, ale jakieś takie kalesony są. Raczej suche. Zakładamy. Żegnamy się. Wychodzimy.

Na ulicy Józek ogląda swoje stopy.

— Coś ci się stało w nogi?

— Mi się w mokrych butach trochę trudno chodzi…

Wracamy. Znajdujemy pudło. Nie ma tam butów, ale są kroksy. Dziadek przechodzi samego siebie -

— Skarpety pewnie też masz mokre?

— Nie - odpowiada stanowczo Józek - suche są.

Dziadek jednak sprawdza!! Nie było co sprawdzać - są kompletnie mokre… Ale w pudle i tak nie ma skarpet. Zakładamy wszystko co suche. Majtek w pudle nie ma. No, ale akurat podobno suche…

Wychodzimy. Idziemy. Tym razem trochę szybciej, bo ten samochód to tak nie za mądrze zaparkowany, a widać z daleka jakąś policję..

— Bo rower nie będzie nam potrzebny? - pyta Józek.

Dziadek siada na krawężniku.

Trzeba będzie chyba dodać rozdział do tej książki o elektrowstrząsach czy jak? Na przykład „Jak skutecznie odebrać Józia ze Szperaków i nie zwariować od razu po drodze, tylko dopiero potem”. Czy jakoś tak…



tagi:

lukasz-swiecicki
12 czerwca 2026 15:24
3     350    5 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

Perseidy @lukasz-swiecicki
12 czerwca 2026 19:57

Po mnie nikt nie przychodził do przedszkola, bo było dwa kroki od domu. Z koleżanką z mojej klatki schodowej zamiast do domu poszłyśmy do parku na ślizgawkę, bo było to zimą. Po dwieczór oszalałe z niepokoju mamy znalazły nas w tym parku i obiecały tęgie lanie. Zanim doszło do egzekucji, napychałyśmy sobie rajtuzy szmatami, tak jak to robił Wawrzek na filmie "Żółta ciżemka". Mamom w tym czasie minęła złość i burza przeszła bokiem, czyli obyło sie bez lania, a zdarzenie przeszlo do rodzinnej legendy.

zaloguj się by móc komentować

MarekBielany @lukasz-swiecicki
12 czerwca 2026 21:29

Do dziś czasem mam wrażenie, że to sen jak wspomnę samotną podróż ze Starego Mokotowa na Grochów tramwajem z przesiadką w wieku lat siedmiu, lub wyprawę do Powsina na rowerku Żabka z kolegami trzy lata starszymi.

 

 

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @lukasz-swiecicki
13 czerwca 2026 08:57

Ja swojego syna zostawiłem po szkole na przystanku autobusowym i zadowolony jak nie wiem co pomknąłęm do domu. Żona mnie zapytała gdzie on jest, dopiero wtedy oprzytomniałem, a nie piszę podręczników o elektrowstrząsach i w ogóle od prądu trzymam się z daleka.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować