-

lukasz-swiecicki

Cudowne kuracje

Cudowne kuracje

 

Pewnie każdy praktykujący lekarz potrafi powiedzieć jakie jest jedno z najczęstszych pytań zadawanych przez pacjentów. Myślę, że tak jest niezależnie od specjalności tego lekarza, ale największe znaczenie ma to pytanie w psychiatrii. Potem wyjaśnię dlaczego tak właśnie sądzę.

Ale najpierw może to pytanie. Czytelnicy lekarze już wiedzą, a Czytelnicy nie-lekarze zapewne się domyślają:

„Panie doktorze, a czy nie ma jakiejś nowej, takiej cudownej, terapii na moją chorobę? Czy nie mogę dostać takiego leku, żeby mi zaraz wszystko przeszło? Może esketamina albo jeszcze lepiej psylocybina. Bo czytałem w internecie, że to cudownie działa…”

Sami przyznacie, że to jest mniej więcej właśnie to pytanie. Nawet substancje, które wymieniłem (esketamina i psylocybina) są tymi, które obecnie „najczęściej chodzą” czyli budzą najwięcej emocji.

Mechanizm przeciwdepresyjnego działania psylocybiny nie jest, z tego co wiem, znany. Być może chodzi o bezpośredni wpływ na receptory serotoninergiczne 5-HT2B i 5-HT1A, czyli działanie podobne do wywieranego przez niektóre trójpierścieniowe leki przeciwdepresyjne (jak na ironię TLPD praktycznie zniknęły z rynku, bo były za mało cudowne i przestarzałe. Poza tym trudno się nie zgodzić, że słowo „imipramina” jest znacznie mniej seksowne niż „psylocybina”. No i Witkacy raczej nie brał imipraminy…).

Esketamina ma działać na blokowanie receptorów NMDA i zwiększać poziom glutaminianu, a co za tym idzie zwiększać aktywność synaptyczną w obszarach mózgu odpowiedzialnych za występowanie depresji.

Brzmi świetnie, jeśli ktoś lubi takie formuły. Albo bardzo nudno, ale potencjalnie skutecznie - jeśli ktoś ich nie lubi.

Ale mi w ogóle nie o to chodzi. Niezależnie od tego czy psylocybina stabilizuje dimery, a esketamina moduluje szlaki, to przecież nie tego szukają pacjenci, nie o to pytają i nie to ich ostatecznie rozczaruje. Bo z dużym prawdopodobieństwem rozczaruje.

To czego szukają ludzie nazywa się „cud”. Można to zresztą nazwać inaczej, ale w rezultacie o to właśnie chodzi.

Czym dokładnie jest w tym kontekście cud? Bo przecież nie chodzi tu o takie zjawisko jak zmartwychwstanie. Zmartwychwstanie jest powszechnie uważane ze cud, ponieważ zdarza się bardzo rzadko (wersja dla teistów) lub w ogóle się nie zdarza (wersja dla ateistów). Cud, którego oczekują pacjenci zdarza się, jak można sądzić, regularnie. Ponieważ wymienione choćby substancje chemiczne mają, przynajmniej częściowo, rejestrację w leczeniu depresji. Czyli musiały być jakieś badania potwierdzające skuteczność tych, nie wiem jak je nazwać, „leków”.

Czyli, podsumowując, ten cud zdarzył się już wielokrotnie. Co więc jest określane jako cud w tej sytuacji?

Wydaje się, że chodzi tu ni mniej ni więcej o to, że mamy do czynienia ze skomplikowaną sytuacją. Ktoś ma depresję, ta depresja ma różne przyczyny. Częściowo są one „mózgowe”, ale częściowo po prostu życiowe. Część przyczyn to sprawy, które dzieją się teraz, ale inna część to wydarzenia z odległej niekiedy przeszłości. Objawy depresji wywarły i nadal wywierają różnoraki wpływ na teraźniejszość. Najczęściej, nie oszukujmy się, jest to wpływ ujemny. No słowem jest tu pasztet, hamburger, ketchup i bułeczka.

A teraz przychodzi doktor. Daje coś w tabletce. I wszystko mija, ustępuje, znika….

W tym momencie przypomina mi się dowcip o Chrystusie.

Chrystus przyjmował pacjentów w gabinecie lekarza POZ. Wnieśli do niego paralityka. Chrystus go uzdrowił. Paralityk na własnych nogach wyszedł z gabinetu. - No i co? No i jak? - pytają go ludzie.

  • To jakiś frajer, nawet mi ciśnienia nie zmierzył - rzucił pogardliwie były paralityk.

No więc rozumiem, że osoby, które oczekują cudu chcą nie tak jak ten paralityk z dowcipu. To znaczy, że nie chcą nawet mierzenia ciśnienia, tylko po prostu ma być wszystko dobrze. I na tym właśnie ma polegać cud. To znaczy, że nie trzeba brać za nic odpowiedzialności, nie trzeba iść na żadną terapię, nie trzeba także pracować nad niezbędnymi zmianami i w ogóle nie trzeba czekać. Bierzemy lek i od razu się nam dzieje to, czego chcieliśmy. I to nawet wówczas, gdy nie wiemy czego tak naprawdę chcemy (a to w psychiatrii całkiem częste).

Z tego co napisałem dość dobrze widać, czemu problem cudownych leków jest w psychiatrii bardziej nierozwiązywalny niż powiedzmy w dermatologii czy ortopedii. Problemy dermatologiczne czy ortopedyczne są bardziej jednoznaczne i są także bardziej zewnętrzne w stosunku do mojego „ja” (rozumiecie co mam na myśli?). W przypadku takich problemów można sobie przynajmniej wyobrazić cudowne leki. W przypadku psychiatrii ja sobie wyobrazić nie potrafię.

No dobrze, powie uważny Czytelnik, ale czego się pan tak uczepił esketaminy i psylocybiny? Czy nie ten sam problem dotyczy choćby zwykłych, od dawna stosowanych leków przeciwdepresyjnych? Także działają na coś, a ludzie oczekują po nich wyleczenia ze „wszystkiego”.

Otóż wydaje mi się, że nie. Nie jest to wcale związane z mechanizmem działania czy chemiczną budową leków. Po prostu leki przeciwdepresyjne nie są uważane za cudowne, może kiedyś były, ale teraz nie. Większość osób przyjmujących takie leki ma pełną świadomość tego, że oprócz leków będzie potrzebna moja własna praca, żebym poczuł się dobrze. Że muszę sobie także zdefiniować to co dla mnie oznacza dobrze, bo inaczej się po prostu nie da. Owszem za cudowne są niekiedy uważane elektrowstrząsy (może to wiele osób dziwić, ale dla licznych pacjentów w zabiegach EW kryje się aspekt cudowności!!). Toteż także w przypadku zabiegów EW trzeba koniecznie tłumaczyć chorym, że nie jest to żaden cudowny zabieg.

Osobiście, jako w pełni przekonany i praktykujący katolik, jestem pewien, że cuda się zdarzają. Ale jako psychiatra jestem także przekonany co do tego, że nie ma cudownych terapii. Te dwie rzeczy całkowicie się godzą w moim mózgu.

I to nie jest cud, tylko zwykłe logiczne myślenie.



tagi: cud  leczenie 

lukasz-swiecicki
25 września 2025 21:16
0     431    2 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

zaloguj się by móc komentować