-

lukasz-swiecicki

Co tu właściwie miał do rzeczy Lubbert Das i kto tu kogo leczył?

Co tu właściwie miał do rzeczy Lubbert Das czyli kto kogo tam leczył?

 

„Meester snijt die keye ras,

Myne name Is Lubbert Das”

Mój przyjaciel, ksiądz Andrzej (Persidok; bo mógłby być ksiądz Andrzej Gałka, który również jest moim przyjacielem, ale w tym czasie nie był zapewne w Madrycie..), przywiózł mi pocztówkę z muzeum Prado w Madrycie. Nie planował wizyty w Madrycie, bo właściwie jechał do Pampeluny, ale okazało się, że kupili (ogólnie „oni”, bo tak dokładnie to nie wiem kto, ale jacyś organizatorzy) bilety tak, że trzeba było samolotem, a nie pociągiem no i po prostu zrobił się czas. A czas w Madrycie, to przede wszystkim Prado.

A w tym Prado to, dla mnie i dla Andrzeja, na pewno Bosch. Oczywiście „Ogród Rozkoszy Ziemskich”, ale także „Wóz z sianem” i „Kuszenie świętego Antoniego”. Wszystko na miejscu, to znaczy w Prado, i właściwie można tam spędzić nawet parę godzin, z przerwami na Goyę, zwłaszcza na tego dziwnego pieska (chodzi mi oczywiście o „Perro semihundiddo”, który po polsku jest tłumaczony po prostu jako „Pies”, ale na obrazie widać „pieska” – i to chyba nie ulega wątpliwości??). Tłumaczenie przy pomocy internetowego słownika wskazuje, że chodzi o „psa na wpół zatopionego”…

Ale to wszystko nie ma się za bardzo do Lubbert Dasa. Lubbert Das to, podobno, wykastrowany borsuk… Tak piszą opisujący ten obraz, nie udało mi się tego potwierdzić przy pomocy tłumacza Google, ani w inny łatwo dostępny sposób.

Cóż, borsuk borsukiem (chociaż się kojarzy jak najbardziej z jednym z moim ulubionych programów do słuchania podczas spacerów z Borysiem, a mianowicie „Specjaliści od wszystkiego” – tam występował borsuk i to w bardzo podobnej sytuacji..) – ja bym jednak spojrzał na elementy nie tak często opisywane jeśli chodzi o ten konkretny obraz..

Przede wszystkim Pan Borsuk, bo zakładam, że On to jest w centrum uwagi – nie w centrum obrazu, bo w samym centrum obrazu, to jednak jest mnich – a więc Pan Borsuk jest przywiązany co krzesła. Szarfa (bandaż??) przechodzi przez brzuch, a potem jest związana na supeł z tyłu krzesła.

Sposób często stosowany również w dzisiejszych czasach!! A więc po ponad 500 latach! I, wydaje się, że tak jak i w początkach XVI wieku w tym samym dokładnie celu! Chodzi o to, żeby pacjent się nie kręcił podczas zabiegu, a równocześnie o to, żeby ręce i nogi miał swobodne. Bo przecież ma, co świetnie widać na obrazie. Nie wiem jaki cel osiągano w ten sposób na początku XVI wieku (nie jestem tego pewien, ale podejrzewam, że dokładnie ten sam co dziś!). My osiągamy w ten sposób sytuację, w której nie musimy, lub niekoniecznie musimy.., zgłaszać unieruchomienie pacjenta. Bo przecież unieruchomienia tu nie ma. Pacjent, jeśli będzie chciał, rozwiąże się, ale z drugiej strony… No, trzeba przyznać – nie będzie się zbytnio kręcił..

Druga, nieopisywana, sprawa to buty. Buty pacjenta, najwyraźniej chodaki, są wstawione w krzesło. To znaczy wystają z otworu znajdującego się w krześle. Niezwykle to przypomina buty pacjenta znajdujące się w przedniej części łóżka, podczas przywożenia na zabiegi elektrowstrząsowe…

To znaczy oczywiście wielu sanitariuszy się myli, zwłaszcza ci początkujący, ale nie będą mieli okazji, żeby pomylić się jeszcze raz! Już ja o to zadbam!

Buty do kuwety, a kuweta do przodu. Takie hasło obowiązuje w naszej pracowni. Czyli – łóżko do zabiegów ma wyraźny jeden przód i jest to miejsce, niezależnie od konstrukcji łóżka-wózka, bo mamy przecież różne!!, w którym da się unieść głowę pacjenta. Położenie go w stronę przeciwną skutecznie uniemożliwia uniesienie głowy do góry. O czym my, czyli personel zatrudniony, dowiemy się być może dopiero po zabiegu… A wtedy będzie już za późno, żeby cokolwiek zrobić!

A więc – buty do kuwety i kuwetą do przodu! Takie jest nasze hasło i tego się trzymamy. Bardzo podobnie jak personel zajmujący się Panem Borsukiem..

Po trzecie – miny personelu zajmującego się pacjentem. Wcale nie wydają mi się jakieś obojętne czy też obce, jak to opisują niektórzy znawcy.

Przeciwnie, główny lekarz prowadzący zabieg (nie wiem czemu nazywany szarlatanem??) wygląda na bardzo skupionego. Wyciąga z głowy pacjenta kwiat tulipana. Jeden już wyciągnął i położył go na stole. Mógłby tez wkładać pacjentowi do głowy tulipana, a ten na stole mógłby czekać na swoją kolejkę…

Tego nie można ostatecznie wykluczyć, ale wygląda na to, że on raczej wyjmuje coś niż wkłada. Operuje pacjenta chyba nożem, tak to w każdym razie wygląda, ale lejek ma na głowie!! Z opisu obrazu można zrozumieć, że lejek jest w ręku. To raczej nie wygląda na lejek…

Drugi członek zespołu leczącego, ten ze środka obrazu, także nie ma wcale obojętnej miny! Wręcz przeciwnie – wydaje się, że jest mocno zaangażowany. Jest wyraźnie zadziwiony tulipanem w głowie chorego. Spodziewał się najwyraźniej czegoś innego, co będzie mógł leczyć napojem z dzbanka, który trzyma w lewej ręce. Wcale nie wiem czy jest to zakonnik bądź mnich. Szczerze mówiąc nic na to nie wskazuje!

Ostatni osoba, nazywana w opisie (też chyba jednak mocno na wyrost) zakonnicą, rzeczywiście wygląda jak osoba, która już w dużym stopniu zrezygnowała z udziału w leczeniu. Jej terapia była jakiegoś rodzaju terapią słowem (z książki!), a więc psychoterapią!!

Mamy więc do czynienia z pacjentem, Panem Borsukiem, oraz lekarzem leczącym metodą zabiegową – najwyraźniej osiągającym dobry skutek, drugim lekarzem – proponującym lek w płynie i najwyraźniej w tym momencie w defensywie, oraz psychoterapeutką, która w zasadzie się poddaje. Taki obraz.

Zasadniczo mógłby ten obraz dotyczyć po prostu elektrowstrząsów. Może zresztą ich dotyczy, tyle tylko, że nie pokazuje ich wprost, a jedynie metaforycznie.

Opisujący obraz bardzo się martwią (???) o pacjenta. Że niby jest Borsukiem, że jest wykastrowany…

Ja bym się tak bardzo nie martwił. Terapia dobrze postępuje. Kwiatki zostały już z głowy wyjęte. Kapcie znajdują się we właściwej kuwecie. Pacjent jest żywy, a za chwilę ożyje jeszcze znacznie bardziej. Choć wcale nie wygląda jakby miał gdzieś uciekać!! Proszę tylko spojrzeć na niego.

„Mistrzu tnij te kamienie, jam jest Borsuk Trzebieniec”. Mówi pacjent – i wie co i do kogo mówi!

A Iga Świątek wygrała po raz trzeci (!!!) Roland Garros i chwała Jej za to!! Nie ma to zbyt wiele wspólnego z treścią tego felietonu, ale byłoby bezduszną głupotą gdybym o tym po prostu nie wspominał w tym momencie.

Choć tak naprawdę oddawałem się głównie rozmyślaniom nad obrazem, który właśnie dostałem (na pocztówce, ale zawsze coś!).



tagi: obraz  heironim bosch  leczenie głupoty 

lukasz-swiecicki
10 czerwca 2023 17:25
2     826    3 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

chlor @lukasz-swiecicki
10 czerwca 2023 18:30

Rzeczywiście, ten obraz to alegoria trzech form leczenia chorego na głowę: chirurgia (obecnie elektrowstrząsy), chemioterapia, i psychoanaliza. Psychoanaliza jest bezsilna, chemioterapeuta mówi do chirurga "Panie, gdzie tu z tym nożem!", ale fachowcem pewnym swego jest najwyraźniej chirurg. I ma widoczne na obrazie efekty..

 

 

zaloguj się by móc komentować

lukasz-swiecicki @chlor 10 czerwca 2023 20:30
11 czerwca 2023 15:00

Tak jest!! Też tak to widzę.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować